Fragmenty

Re: Fragmenty

Postprzez ourfarewall » So lis 10, 2012 19:56

PozdrawiamWas napisał(a):Ourfarewall to jest po prostu zaje***te. Dokładnie tak sobie ją wyobrażałam. Będziesz tan rozdział jeszcze kontynuować?

nie liczyłam na to, że aż tak się spodoba, wielkie dzięki, mobilizujesz do dalszej pracy ;)
chyba na tym zakończę, żeby nie przegiąć. chyba że masz pomysł, jak bardziej to rozbudować.
ourfarewall
 
Posty: 96
Dołączył(a): Cz lis 08, 2012 20:39

Postprzez » So lis 10, 2012 19:56

 

Re: Fragmenty

Postprzez iwek33 » So lis 10, 2012 19:56

Według mnie jest ok lepiej nie przedobrzać :)
iwek33
 
Posty: 63
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 19:43

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » So lis 10, 2012 19:59

Tak już jest dobrze. I tak ten prolog wyszedł dłuższy, niż się spodziewałam :wink: W każdym bądź razie, to praktycznie rozumie się samo przez się, skoro zostawił Hunith, jak uważacie?
Można by ewentualnie wrócić do tego później, gdy Merlin się z nim spotka i będzie mu o sobie opowiadał czy coś.
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » So lis 10, 2012 20:03

Bardzo mi się podoba twój styl pisania :) Więc dla mnie powinnaś pisać jak najwięcej. Jeśli Ci się chce to napisz o jej pierwszym dniu w pracy i takie tam. Ja nadal próbuję pisać drugi rozdział i fragment już zamieściłam.

Możesz napisać coś, że poznała Gwen, z którą się bardzo zaprzyjaźniła (to tylko taki pomysł, pewnie głupi) :D
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez klaudia_915 » So lis 10, 2012 20:36

PozdrawiamWas napisał(a):Klaudia oczywiście, że tak. Mam tylko pytanie: To będzie już cały pierwszy rozdział, czy ktoś jeszcze coś do niego doda?

Tak, jutro jeszcze wyślę ciąg dalszy. Dziękuję :)
klaudia_915
 
Posty: 26
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:21

Re: Fragmenty

Postprzez Carolina8977 » So lis 10, 2012 21:23

Nie przejmujcie się, że taki długi prolog. W Starciu królów ma on 30 stron ;p
Carolina8977
 
Posty: 16
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 20:11

Re: Fragmenty

Postprzez ourfarewall » So lis 10, 2012 21:31

PozdrawiamWas napisał(a):Bardzo mi się podoba twój styl pisania :) Więc dla mnie powinnaś pisać jak najwięcej. Jeśli Ci się chce to napisz o jej pierwszym dniu w pracy i takie tam. Ja nadal próbuję pisać drugi rozdział i fragment już zamieściłam.

Możesz napisać coś, że poznała Gwen, z którą się bardzo zaprzyjaźniła (to tylko taki pomysł, pewnie głupi) :D

Nie sądzę, że trzeba to opisywać. Po prostu na początku następnego rozdziału się o tym wspomni:
Nadiya zadomawia się w nowym otoczeniu, zaczyna się przyjaźnić z tym gościem, który na początku okropnie ją denerwował. Podczas jednego z polowań dziewczyna zostanie ranna, a chłopak, szukając pomocy, trafi na Gajusza. Medyk pośle Merlina po lekarstwa do zamku. Gajusz ją uleczy, a Merlin będzie co jakiś czas ją odwiedzać i kontrolować jej stan zdrowia. Na początku zostaną jedynie przyjaciółmi. Ale zanim to nastąpi, przydałoby się teraz napisać kilka rozdziałów o Camelocie ;p
ourfarewall
 
Posty: 96
Dołączył(a): Cz lis 08, 2012 20:39

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » So lis 10, 2012 21:40

Ta historia nie jest jeszcze napisana a mi już się mega podoba :D
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez ourfarewall » So lis 10, 2012 22:06

Agga napisał(a):Ta historia nie jest jeszcze napisana a mi już się mega podoba :D

na prawdę? hyh, dzięki ;)
ourfarewall
 
Posty: 96
Dołączył(a): Cz lis 08, 2012 20:39

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » Pn lis 12, 2012 19:29

Rozdział pierwszy
- Spróbuj je przemalować.
- Zgłupiałeś? Wiesz jak się zdenerwuje, gdy to zobaczy?
- Gorzej niż to było do tej pory?
Merlin spojrzał na przyjaciela i zmarszczył brwi. Po chwili jednak na jego twarzy zawitał promienny uśmiech.
- ... raczej się nie ucieszy, gdy zobaczy że jej gęsi zmieniły kolor..
- To ma problem, weź spróbuj.
- Noo.. - Chłopak przez chwile się zastanawiał. Dopiero co udało mu się wyplątać z jednych kłopotów, a już miał się pakować w drugie? - W sumie to czemu nie, ale jak znowu dowie się moja matka to mogę się założyć, że resztę życia spędzę w piwnicy.
Will cicho się zaśmiał. Był nieco od niego starszy i dojrzalszy, ale nie przeszkadzało mu to w psotach.
- Spokojnie, jakoś cię stamtąd wyciągnę.. a przynajmniej się postaram. A jak nie wyjdzie to zawsze możemy się porozumiewać pukając w ścianę.
Był to ich częsty sposób komunikowania się. Mieli tak zwariowane pomysły, że już nikt w Ealdor nie mógł z nimi wytrzymać. Zazwyczaj kończyło się na zakazie zbliżania do siebie, co było dla nich najgorszą karą. No bo co można robić bez najlepszego przyjaciela, z którym zna się od kołyski?
- Zabawne..
- No ale nie gadaj już tyle tylko bierz się do roboty.
Merlin przelotnie spoglądnął na towarzysza, a później zaczął obserwować gęsi. Skupił wzrok na jednej z nich... I znowu to się wydarzyło. Will tego nie rozumiał, nie potrafił zrozumieć. To się po prostu działo. Oczy jego przyjaciela przybrały bursztynowy kolor, tak niewiarygodny, niespotykany wśród innych ludzi. Przez chwilę słychać było jedynie ich płytkie oddechy i głośne bicie serc.
Nagle gęsi, jedna po drugiej, zaczęły przybierać tęczowe barwy. Chłopcy wybuchnęli głośnym śmiechem. Ptaki zaczęły chaotycznie poruszać i wbiegać w siebie. Zataczały kręgi, by chwilę potem się przewrócić, podnieść i zacząć biec dalej. Wtedy pojawiła się właścicielka gęsi. Wybiegła z domu i zdezorientowana chodziła wśród ptaków, które jeszcze przed chwilą miały śnieżnobiałe upierzenie i zachowywały się całkowicie normalnie. Chłopcy schylili się bardziej za płotem, nawet nie chcieli myśleć co się stanie, gdy ta starucha ich zobaczy. Zanosząc się śmiechem, odwrócili się, chcąc oprzeć plecy o ogrodzenie zagrody dla gęsi. Gdy tylko to zrobili, natychmiast umilkli. Tuż przed nimi stała matka Merlina - Hunith, która na pewno nie wyglądała na rozbawioną z ich wybryku...

***

Merlin obudził się wcześnie rano. Wyjrzał przez okno i stwierdził, że jest już dość jasno, aby wstać. Po cichu ubrał się i wyszedł ze swojego małego pokoiku. Jego matka, jeszcze spała, więc powoli, tak, aby jej nie zbudzić, wziął suchą kromkę chleba i wyszedł z domu.
Zimne powietrze od razu go orzeźwiło. Ruszył przez las, wydeptaną przez zwierzęta i ludzi ścieżką w stronę strumyka. Tam wspiął się na drzewo i przymknął oczy. Wreszcie miał czas, aby to wszystko przemyśleć... Odkąd zaczął używać swoich dziwnych, magicznych zdolności, przestał dogadywać się z sąsiadami. Ludzie uważali go za dziwaka, a nawet trochę się go obawiali. Już kilka razy rozmawiali z Hunith, a propos jego dziwnych wybryków, ale to co zdarzyło się ostatnio... "Jak mogłem być tak głupi... " westchnął. Ostatniego wieczoru matka poprosiła go, aby narąbał drewna. Wziął siekierę i poszedł, ale postanowił użyć swoich zdolności. Spojrzał na niewielką brzozę, poczuł, jak oblewa go duża fala gorąca, a potem.. drzewko przewróciło się, jakby zostało ścięte. Niestety, upadło wprost na jednego z mieszkańców wioski. Merlin pomógł mu zdjąć z siebie drzewo i wstać. On jednak zaczął na niego krzyczeć i tego wieczoru Hunith znowu miała ciężką rozmowę z mieszkańcami wioski, którzy uważali, że Merlin jest niebezpieczny. Nie pozostało jej nic innego, jak porozmawiać z synem o opuszczeniu przez niego wioski. "Nie mogę stąd odejść... To przecież mój dom. Nie chcę opuszczać matki, ani Willa. Jak mogłem być tak nierozsądny." Do oczu napłynęły mu łzy. Wiedział, że wszystko już zostało zaplanowane. Miał pójść do Camelotu i odszukać nadwornego medyka - Gajusza, starego przyjaciela jego matki. Hunith dała mu list, który ma mu przekazać.
- Merlin! Merlin, chodź tutaj!
Szybko wytarł rękawem łzy i rozejrzał się. W jego stronę zmierzał Will. "O nie. Tylko nie Will.. " najbardziej bał się tego pożegnania. Will był dla niego, jak brat i wcale nie chciał go opuszczać.
- Twoja matka Cię szuka. - powiedział oschle Will.
- Will, ja naprawdę nie chcę opuszczać wioski. Tak wyszło. Nie jest mi tu dobrze. Moja matka obawia się tego, że wiesz o moich zdolnoś...
- Przecież nikomu nie powiem!
- Wiem. Ale nie potrafię nad tym panować. Widzisz co narobiłem. Co chwilę mam kłopoty. Nie mogę tutaj zostać. Nie gniewaj się Will. - w wiosce robiło się coraz głośniej. Wszyscy już wstali i właśnie zabierali się do pracy. Z domu wyszła Hunith i zaczęła się rozglądać. Merlin czekał, aż Will mu coś odpowie, jednak ten odwrócił głowę i patrzył gdzieś daleko.
- Będzie mi Cię brakować, ale muszę iść. - to nie było miłe pożegnanie i Merlin ze smutkiem ruszył w stronę wioski.
- Poczekaj! Mi też Cię będzie brakować. Wiem, że to nie twoja wina i nie twoja decyzja. Po prostu nie mogę się przyzwyczaić, że po tylu latach nagle Cię tu zabraknie. Wracaj do nas szybko! - w końcu odezwał się Will. Razem wrócili do wioski, gdzie Merlin pożegnał się z Hunith i uściskał Willa. Następnie wyruszył do Camelotu.
Z każdym krokiem smutek coraz mniej dawał o sobie znać. Górę brały podekscytowanie oraz ciekawość, jak teraz będzie wyglądało jego życie.

***

Decyzja o opuszczeniu wioski, przyjaciela, ale przede wszystkim matki, była dla Merlina bardzo trudna. Z jednej strony czuł, że będzie mu ciężko i będzie bardzo tęsknił, jak wszyscy bał się nieznanego, ale z drugiej był pewien, że dobrze robi. Szedł dwa dni. Kiedy wyszedł z lasu w oddali dostrzegł wieże Camelotu i chociaż był już zmęczony wędrówką, poczuł, że doszedł do miejsca, gdzie będzie mu lepiej. Do miejsca które będzie mógł spokojnie nazwać swoim drugim domem.
W dolnym mieście życie płynęło swoim rytmem. Ludzie szli, sprzedawali swoje wyroby, kłócili się, rozmawiali i śmiali się. Nikt nie zwracał uwagi na przyglądającego im się z fascynacją w oczach młodego chłopaka, który kiedyś stanie się legendą.
Skierował się do zamku. Na dziedzińcu stało mnóstwo ludzi. Zaciekawiony Merlin podszedł by dowiedzieć się, co się dzieje. Zauważył młodego mężczyznę, który był prowadzony przez strażników na miejsce gdzie stał pień i kat. Rozległ się dźwięk trąb.
„Ciekawe za co został oskarżony ten mężczyzna? pomyślał Merlin. Za kradzież, a może zabójstwo?”
Z rozmyślań wyrwało go pojawienie się króla Camelotu, Uthera Pendragona. Na dziedzińcu nastąpiła cisza. Wzrok króla padł na skazanego. Skinął głową i dał znak strażnikom i katu by przystąpili do egzekucji. Merlin nie wiedział za co został skazany ten mężczyzna, ale miał przeczucie, że został skazany niesłusznie. Gdy było wiadome, że do egzekucji zostały sekundy, kiedy kat już uniósł topór, chłopak odwrócił głowę. Nie mógł na to patrzeć, było mu też szkoda skazańca zwłaszcza, że był w jego wieku, może trochę starszy.
- Niech kara wymierzona temu mężczyźnie, będzie dla was wszystkich przestrogą, że każdy kto stosuje magię i czary, zostanie złapany i kierując się prawem Camelotu zostanie skazany na śmierć. Ja, Uther Pendragon szczycę się być nazywany przez poddanych królem sprawiedliwym, ale w przypadku czarów mogę wydać tylko jeden wyrok. Gdy przybyłem na tę ziemię dwadzieścia lat temu, była pełna magów, czarownic i druidów. Z pomocą ludzi chcących pozbyć się w końcu tej plagi, zło zostało przepędzone. Ale dość już tych poważnych tematów. Z okazji rocznicy uwolnienia Camelotu od magii, ogłaszam święto. Czas rozpocząć obchody.
Nagle odezwała się pewna staruszka.
- Na tej ziemi jest tylko jedno zło i na pewno nie jest nim magia, a Ty, Utherze Pendragonie – ludzie zaczęli oddalać się od kobiety, aż w końcu została sama na środku dziedzińca – Z powodu nienawiści, która cię zjada w środku, zabiłeś mi syna. Mogę Ci obiecać, że niczym skończy się festiwal Twój syn także umrze. Oko za oko, syn za syna!
- Schwytać ją! – rozkazał król. Straże nie zdążyły złapać kobiety, bo rozmyła się w powietrzu.
Merlin czuł, że to wszystko mu się śni. Przed oczami stanął mu obraz, jak on sam jest skazany i zabity za czary i widok matki. Na myśł o ukochanej matce zakuło go w sercu. Zauważył, że ludzie zaczęli się rozchodzić i sam też postanowił, że pójdzie znaleźć Gajusza, nadwornego medyka, do którego wysłała go matka. Jeden ze strażników pokazał mu drogę i doszedł do komnaty na piętrze.
Drzwi były uchylone i Merlin zapukał, ale nikt się nie odezwał. Postanowił wejść. W środku roiło się od ziół, przeróżnych buteleczek z kolorowymi płynami, mnóstwo książek i papierów. Dostrzegł siwego mężczyznę, który szukał czegoś na górze. Chrząknął, dając znać o swojej obecności. Gajusz odwrócił się i przechylił przez drewnianą barierkę, która się złamała.
Chłopak zatrzymał Gajusza w powietrzu swoją mocą i przesunął łóżko by staruszek na nie opadł. Przestraszył się, że mężczyzna może donieść królowi o tym wyczynie.
- Co u… Jak to zrobiłeś? – zapytał medyk – Powiedz.
- Ja nie… nic… to nie ja…
- Wiesz, co by się mogło stać jakby ktoś to zobaczył? Gdzie się tego nauczyłeś?
- Nigdzie.
- Skąd znasz magię? Gdzie się jej uczyłeś i od kogo?
Merlin zmieszał się. Nie wiedział co powiedzieć, bał się może powtórzyć los zabitego człowieka, ale matka mówiła mu, że Gajusz mu pomoże.
- Jestem Merlin, syn Hunith – przedstawił się.
- Pamiętam, miałeś być w środę!
- Dzisiaj jest środa.
- Aha. To dobrze, że jesteś. Tam jest Twój pokój.
Pokazał mu małą izbę z łóżkiem i różnymi dziwnymi rzeczami. Pomyślał, że może mu zaufać, ale chciał się upewnić, iż go nie wyda.
- Nie powiesz nikomu o …
- Nie. Ale powinienem podziękować. Dziękuję.
Wieczorem Merlin siedział na łóżku i nie mógł spać. Był podekscytowany, ale i przerażony. Bał się co by było gdyby ktoś się dowiedział, że jest czarodziejem. Wstał i otworzył okno, bo zrobiło się duszno w pokoju. Wyjrzał przez nie i wszystkie jego obawy, i strach ulotniły się. Księżyc był w pełni, a w mieście, w wielu miejscach płonął ogień. Poczuł, że to tu jest jego miejsce i będzie tutaj szczęśliwy, nawet jeśli będzie musiał ukrywać swoją moc.

***

W tym samym czasie w lesie, nieopodal Camelotu, obóz rozbiła eskorta lady Helen, będącej najznamienitszą śpiewaczką w królestwie. Była noc, rycerze spali przy ognisku, które już dogasało, lecz lady Helen nie mogła zmrużyć oka. Dręczył ją niepokój, wrażenie, iż coś się może stać. Czuła, jak niebezpieczeństwo czai się tuż za namiotem. Tłumaczyła sobie, że to wina będącego w pełni księżyca, pobudzającego jej wyobraźnię.
Ćwiczenia do jutrzejszego koncertu na zamku przerwał jej nagły szelest liści spowodowany czyimiś krokami. Przerażona odwróciła głowę w stronę wejścia do namiotu i ujrzała starszą kobietę stojącą tuż przy niej. Chciała zawołać pomoc, ale strach, wywołany nagłym pojawieniem staruszki, uniemożliwił jej wydobycie z siebie jakiegokolwiek głosu.
W ręce napastniczki pojawiła się figurka, w którą z nienawiścią dwukrotnie wbiła nóż. Lady Helen osunęła się martwa na podłogę. Kobieta, chcąc pozbyć się dowodów morderstwa, bez skrupułów ukryła jej ciało w lesie.

Staruszka wyjęła spod postrzępionej ze starości peleryny buteleczkę z lekko zielonym płynem. Wypiła jego zawartość. Powoli jej stare, zaniedbane ciało zaczęło coraz bardziej przypominać zabitą śpiewaczkę. Morderczyni, usatysfakcjonowana swoim osiągnięciem, wpatrywała się w lustro.
- Syn za syna, Utherze.

***

W Camelocie słońce wstało wcześniej niż zawsze. Merlin obudził się z dziwnym uczuciem, jak gdyby ktoś wołał go podczas snu. Przez natłok obowiązków w ciągu dnia, nie poświęcał temu zbytniej uwagi. Ubrał się i wyszedł z pokoju, by pomóc Gajuszowi w przyrządzaniu mikstury na koszmary wychowanicy króla, Morgany. Medyk nadal nie mógł uwierzyć w jego zdolności.
- Powiedz mi chłopcze, w jaki sposób to robisz. Wypowiadasz zaklęcia w myślach?
- Nie znam żadnych zaklęć – wyznał chłopak – Nigdy się ich nie uczyłem.
- To co zrobiłeś? Coś musiałeś!
- Nie wiem, to dzieje się samo z siebie.
Gajusz nie ciągnął dalej tej dyskusji. Nie mógł uwierzyć w to, że bez opanowania zaklęć, których nawet wielcy czarodzieje uczyli się latami, można tak sprawnie posługiwać się magią.
- Masz tu lekarstwo dla lorda Orwella i lady Austen. Ale uprzedź lorda by nie pił tego na raz. Zawsze o tym zapomina.
- Dobrze – odparł.
- I pamiętaj Merlinie, abyś nie obnosił się ze swoimi zdolnościami.
Nie trzeba mu było o tym przypominać. Aż za dobrze pamiętał wczorajszą egzekucję.

Merlin wręczył lekarstwa lady Austen i lordowi Orwellowi. Musiał przyznać, że lord, mimo iż miał skłonność do nadmiernego snucia opowieści, które nigdy nie miały miejsca i demonstrowania swoich bitewnych ran, był bardzo miłym człowiekiem.
W drodze powrotnej do komanty Gajusza, chłopak ujrzał rycerzy doskonalących swoją celność rzutów nożem do ruchomego celu, którym był sługa chroniący się za tarczą. Merlin przypatrywał się tej sytuacji z narastającym gniewem. Gdy sługa upadł, a tarcza wylądowała obok chłopaka, postanowił zakończyć tą grę.
- Daj spokój, przyjacielu. Zabawiłeś się już – powiedział do rzucającego.
- Chcemy poćwiczyć z ruchomym celem. Zabronisz nam? – zapytał z drwiną w głosie – A w ogóle czy my się znamy?
- Jestem Merlin – przedstawił się i wyciągnął rękę. Tamten jednak nawet nie miał zamiaru jej uścisnąć.
- Więc nie znam cię, a mimo to nazywasz mnie przyjacielem.
- Pomyliłem się, nie mógłbym mieć za przyjaciela kogoś, kto znęca się nad innymi.
- Wiesz, że za te słowa mógłbym cię wrzucić do lochu? Albo zakuć w dyby?
- A kim jesteś by mieć do tego prawo?
- Synem króla, księciem Arturem. Do lochu z nim – zawołał.

Groźba się spełniła. Merlin trafił do lochu. Przypomniał sobie, kiedy jego koledzy z wioski zamknęli go w piwnicy. Jego i Willa. To wtedy przyjaciel dowiedział się o magii Merlina.
Miejscowi chuligani rzucali drewnianymi kopiami w płot. Szybko się znudzili, ponieważ kopie nie wbijały się w drewno, więc w pewnym momencie ktoś wpadł na pomysł, by spróbować rzucać do ruchomych celi, którymi stali się Will i Merlin. Chłopcy uciekli i skryli się w stajni matki Willa. Grupa goniąca ich postanowiła, że zamknie wrota, by nie mogli się stamtąd wydostać. Zbliżała się pora kolacji, a wiedzieli że mama Willa nie lubi, kiedy syn spóźnia się do domu. Chłopiec był zrozpaczony, bał się, że matka będzie się martwić. Wtedy Merlin postanowił pomóc przyjacielowi. Po raz pierwszy używając przy nim swoich magicznych zdolności, otworzył drzwi i uwolnił siebie oraz przyjaciela. Will był zszokowany i przestraszony. Merlin nie wiedział wtedy, że nie każdy potrafi to zrobić. Chłopiec uciekł z krzykiem, a Merlin został na miejscu, nie wiedząc jak zareagować. Po tym wydarzeniu mama zakazała mu używać swojej mocy, chcąc uchronić syna przed niebezpieczeństwem.
Po kilku dniach Will znów zaczął się z nim bawić. Doskonale rozumiał, że nie wolno mu o tym mówić i uznał, iż wspaniałe będzie posiadanie wspólnego sekretu, który umocni ich przyjaźń.
Z napływu wspomnień wyrwało Merlina otwarcie drzwi. Pojawił się Gajusz z informacją, że jest wolny. Widać było, że się zdenerwował zaistniałą sytuacją.
Gdy wrócili do własnej komnaty, chłopak stanął przy drzwiach gotowy na jego wybuch gniewu.
- Użyłem wszystkich moich wpływów by cię stamtąd wyciągnąć – zaczął Gajusz – Czekasz na to, że na ciebie nakrzyczę, każę ci wrócić do domu. Nie będę ukrywał, że zastanawiałem się nad tym, jednak nie zrobię tego. Jesteś młody, niedoświadczony. Musisz się nauczyć zasad panujących w Camelocie. Idź się położyć, to był ciężki dzień.
Merlin stał i nie mógł w to uwierzyć. Nie było krzyku, gniewu. Nic. Zmierzał do swojego pokoju z postanowieniem, że od następnego świtu będzie się starał już nigdy nie zawieść swojego opiekuna.
- Merlinie - zawołał za nim medyk – Dobrze zrobiłeś broniąc słabszego, ale następnym razem staraj się nie prowokować księcia. Śpij dobrze chłopcze! – pożegnał się medyk.

Następny dzień upłynął Merlinowi bardzo szybko. Pomagał Gajuszowi w przyrządzaniu leczniczych mikstur, uczył się znaczenia ziół i posprzątał komnatę. Po południu medyk oznajmił, że chłopak będzie sługą na balu zorganizowanym przez króla. Merlin wiedział, że będzie tam książę i chciał zrobić wszystko, by go unikać.
Szło mu to bardzo dobrze. Wdał się w rozmowę z służącą Morgany, Ginewrą i nie zwracał uwagi na księcia. Nie chciał dać się sprowokować.
Po powitaniu przez Uthera zgromadzonych gości, pojawiła się lady Helen, mająca swoim koncertem uświetnić bal. Wtedy Merlin zobaczył coś, czego nikt inny nie zdołał zauważyć. Coś, co go zaskoczyło. Zamiast lady Helen ujrzał staruszkę z dziedzińca, matkę zabitego mężczyzny.

Rozpoczęła śpiew i wszyscy obecni na uczcie zaczęli powoli zasypiać. Merlin dłońmi zasłonił uszy, chroniąc się przed głosem czarownicy. W sali zapanowała ciemność, a śpiących biesiadników zaczęły oblekać coraz grubsze nici pajęczyny. Kobieta nie przestawała śpiewać i kierowała się w stronę stołu przy którym siedział król, książę i lady Morgana. Płynnym ruchem wysunęła z rękawa sztylet. Merlin przypomniał sobie jej słowa wypowiedziane na dziedzińcu.

„Zanim skończy się festiwal, twój syn umrze. Oko za oko, syn za syna”.

Nie zastanawiając się długo nad tym co robi, magią zerwał z sufitu żyrandol, który spadając przygniótł kobietę. Zgromadzeni powoli zaczęli się budzić. Wszyscy byli zdezorientowani przez to, co się wydarzyło. Czarownica nie dawała za wygraną. Ostatkiem sił rzuciła sztyletem w księcia. Merlin, za pomocą swoich umiejętności spowolnił lot błyszczącego ostrza i pchnął następcę tronu w bok.
Sztylet wbił się w krzesło, dokładnie w tym miejscu, gdzie kilka sekund temu siedział książę.

- Dziękuję ci chłopcze – zwrócił się król do Merlina – Uratowałeś mojego syna. Odwdzięczę się.
- Nie trzeba – powiedział zawstydzony Merlin.
- Uratowanie życia następcy tronu to oznaka wielkiej odwagi. Proś o co tylko zechcesz.
- No… skoro…
- Już wiem, w jaki sposób się odwdzięczę – przerwał mu król – Zostaniesz sługą księcia Artura.
Zgromadzeni ludzie zaczęli bić brawa.
Jedynie Merlin i Artur nie byli tym faktem zadowoleni.

***

Po skończonej uczcie, Merlin udał się do swojego pokoju. Rozmyślał o tym co się wydarzyło oraz o dziwny głosie wołającym go we śnie. Młody czarodziej nie chciał o tym mówić Gajuszowi, bał się, że go wyśmieje. Nagle do drzwi rozległo się pukanie.
- Proszę – zawołał Merlin.
Był to Gajusz niosący ogromną księgę. Usiadł na łóżku obok Merlina i patrzył na niego ojcowskim wzrokiem.
- Jesteś bohaterem – powiedział medyk.
- Poniekąd. Pewnie ciężko w to uwierzyć, że ja, nowy w Camelocie zostaje sługą księcia osłów.
- Merlinie, skoro jesteś teraz sługą Artura, powinieneś zacząć się hamować. Wiedziałem, że jesteś stworzony do wielkich rzeczy. Większych niż przyrządzanie mikstur.
- Większych? Jeśli większe rzeczy to pomoc w ubiorze księcia i bycie jego ofiarą to chyba lepiej żebym wrócił do domu.
- Sam musisz dojść do tego, co jest twoim przeznaczeniem, a Artur najwyraźniej jest jego częścią. Mogę cię jedynie naprowadzić. Otrzymałem tę księgę gdy byłem w twoim wieku. Mi na wiele się nie przydała, lecz ty na pewno będziesz miał z niej większy pożytek.
Wręczył chłopakowi wolumin. Merlin zaczął powoli przeglądać poniszczone stronice.
- To jest to o czym myślę? – zapytał.
- Nie wiem o czym myślisz, ale jeśli pytasz o księgę, to tak, jest to księga magii. Ale musisz jej strzec jak oka w głowie.
- Nauczę się każdego zapisanego w niej słowa – powiedział chłopak z uśmiechem – Dziękuję.
- Pewnie jesteś już zmęczony. To był dla ciebie ciężki dzień.
Gdy Gajusz już miał opuścić komnatę, wszedł do niej jeden z królewskich sług.
- Merlinie, książę Artur cię wzywa.
Czarodziej westchnął, wyobrażając sobie jak będzie wyglądało jego życie sługi. Nie zapowiadało się kolorowo.
- Powodzenia Merlinie – zawołał Gajusz - Idź, książę czeka.

W taki sposób rodzi się początek wielkiej przyjaźni. Przyjaźni trudnej, ale prawdziwej, kształtującej dwoje młodych ludzi którzy staną się legendą.


Sprawdźcie czy wszystko się zgadza i czy nie ma błędów :)
Jak wszystko będzie dobrze to wrzucę to do "gotowych fragmentów".
Ostatnio edytowano Pn lis 12, 2012 21:28 przez PozdrawiamWas, łącznie edytowano 1 raz
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » Pn lis 12, 2012 20:18

Przecinki też się liczą?
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » Pn lis 12, 2012 20:21

Raczej tak. A dużo błędów interpunkcyjnych jest?
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » Pn lis 12, 2012 20:40

No... Tak po około 15 przestałam liczyć. I taka mała korekta - piszę się a propos :)
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » Pn lis 12, 2012 20:51

Postaram się zaraz to poprawić :)
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » So lis 17, 2012 02:49

Rozdział drugi
Zapadał już wieczór, kiedy Mathilda wracała leśną ścieżką do swojej chaty ukrytej w głębi puszczy. Jesień już pomału ustępowała miejsca zimie, wiec było chłodno, a dróżka zasypana była gęsto liśćmi. Ciszę zakłócały jedynie kroki Mathildy. Staruszka rozmyślała o plotkach jakie usłyszała dzisiaj od ludzi mieszkających w najbliższej wiosce. Ponoć król Uther wdał się w romans z jedną z dworzanek, a ona zaszła w ciążę. Jakby tego było mało została posądzona o uprawianie czarów. Mathilda od dawna wiedziała, że król boi się magii i próbuje się jej pozbyć ze swojego królestwa na wszelkie możliwe sposoby, ale nigdy nie podejrzewała go o to, że skarze kobietę, która miała urodzić mu już niedługo dziecko, na śmierć. Podobno czarodziejka uciekła w nocy z lochów, ale Uther nie dał za wygraną i wysłał za nią oddział swoich najlepszych rycerzy. „Biedna kobieta” pomyślała Mathilda, która żeby uniknąć prześladowań ze względu na jej magiczne zdolności, zdecydowała ukryć się głęboko w lesie. I tak mieszkała już trzeci rok, od czasów rozpoczęcia Wielkiej Czystki.
Nagle Mathilda przystanęła i zaczęła nasłuchiwać. W kompletnej ciszy dało się słyszeć płacz małego dziecka. Staruszka bez chwili namysłu udała się w kierunku, z którego dobiegały te dźwięki. Po kilku minutach zobaczyła postać opartą o niedużą skałę trzymającą w ręku małe zawiniątko i najprawdopodobniej to właśnie ono było źródłem tego dźwięku. Szybszym krokiem podeszła do skały. Okazało się, że ową postacią była bardzo piękna, ciemnowłosa kobieta, która trzymała na rękach małe dziecko. Była ciężko ranna, z jej prawego boku sączyła się krew i wyglądało na to, że dopiero co urodziła. Kobieta usłyszawszy Mathildę otworzyła oczy, które okazały się stalowo szare i chwyciła ją za rękę.
- Siedź spokojnie. – powiedziała Mathilda - Spróbuję ci pomóc…
- Już za późno... – wychrypiała kobieta – Proszę… Zaopiekuj się nią… Jak ją znajdą… Zabiją… Proszę…
Mathilda spojrzała na dziewczynkę, która słysząc głos kobiety przestała płakać i otworzyła swoje oczy, które wyglądały zupełnie jak jej matki. Staruszka ścisnęła mocniej dłoń nieznajomej.
-Dobrze… Zaopiekuję się nią… - powiedziała Mathilda wzruszonym głosem.
Kobieta uśmiechnęła się lekko i spojrzała na swoją córeczkę.
- Bądź silna… Nadiyo… - powiedziała ostatkiem sił.
Zamknęła oczy, a głowa opadła jej na piersi. Jej dusza opuściła ciało udając się w bezpowrotną podróż do innego świata.
Mathilda klęczała przy ciele kobiety i cicho płakała. Nagle do jej uszu dobiegł daleki odgłos rżenia konia oraz jakieś krzyki. Natychmiast wstała, wzięła dziewczynkę na ręce i pobiegła w stronę swojej chaty, w myślach przyrzekając sobie, że nigdy nie dopuści, aby to dziecko spotkała krzywda.

***

Od kilku godzin Gajusz, nadworny medyk Camelotu, chodził po lesie w poszukiwaniu… właściwie to sam nie wiedział czego. Wczoraj wieczorem rycerze przynieśli do zamku ciało Lady Eleanor, które polecono mu zbadać. W czasie wykonywania zleconego mu zadania, medyk odkrył, że kobieta przed śmiercią zdążyła jeszcze urodzić. Gajusz zdecydował się nie mówić o dziecku Utherowi. Wiedział, że król kazałby je znaleźć i zabić, ponieważ jego matka była czarodziejką. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie przeszkodzi mu w tym fakt, iż to jest jego dziecko. Jego nienawiść do magii brała górę nad miłością.
Gajusz postanowił odnaleźć to dziecko, aby sprawdzić czy udało mu się przeżyć i czy jest bezpieczne. Nie wiedział, kto je zabrał, ale na pewno nie był to żaden z rycerzy. Strach przed gniewem Uthera nie pozwoliłby im na to. Niemniej medykowi udało się od nich dowiedzieć, gdzie znaleźli ciało Lady Eleanor. Na razie była to jego jedyna wskazówka. Tak więc, Gajusz już od kilku godzin błądził po lesie w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc w jego poszukiwaniach.
Słońce chowało się już za odległymi górami, kiedy medyk zobaczył w głębi lasu jakieś światła. Bez namysłu ruszył w ich stronę. Po chwili jego oczom ukazał się nieduży, drewniany domek. Większość powierzchni jego ścian pokrywał bluszcz, a dach był cały zasypany liśćmi. Przez niewielkie okno sączyło się światło. Gajusz zapukał kilka razy w drzwi. Otworzyła mu je starsza kobieta o siwych włosach i miłej twarzy.
- Kim pan jest? – zapytała szybko kobieta.
- Nazywam się Gajusz. Jestem nadwornym medykiem.
- Czego pan chce? – dodała przerażonym głosem.
- Może pani być spokojna. Nie jestem tu z rozkazu króla, ani nikogo innego. Szukam dziecka pewnej kobiety, która została znaleziona martwa niedaleko tego miejsca.
Widząc coraz większy niepokój na twarzy kobiety, medyk szybko dodał:
- Nie chcę mu zrobić żadnej krzywdy. Chciałbym się tylko dowiedzieć czy nic mu nie jest.
Kobieta długo patrzyła na Gajusza, najwyraźniej oceniając, czy można mu zaufać. W końcu kiwnęła głową i zaprosiła go do środka. Izba była niewielka, ale bardzo przytulna. Wszędzie wisiały lub leżały przeróżne kwiaty i zioła, napełniając pomieszczenie przyjemnym zapachem. W kominku, znajdującym się po przeciwległej stronie izby, wesoło płonął ogień. Niedaleko stało łóżko, w którym zawinięte w kocyk spało malutkie dziecko. Medyk usiadł na wskazanym przez gospodynię fotelu.
- Jestem Mathilda. – powiedziała podając mu kubek gorącej herbaty. – Dlaczego szukałeś tego dziecka?
- Znałem jego matkę. Była bardzo dobrą i mądrą kobietą, ale, na jej nieszczęście, była też czarodziejką…
Staruszka usiadła zaciekawiona w fotelu znajdującym się naprzeciwko niego.
- Kim ona była? Jak się nazywała?
- Nazywała się Eleanor. Córka rycerza, Sir Roberta. Była jedną z dworzanek na zamku Camelot.
- Czy to nie jest ta kobieta, którą Uther skazał na śmierć za uprawianie czarów, mimo iż miała urodzić mu dziecko?
- Tak. – potwierdził Gajusz. – To ona…
- Więc to prawda co mówili ludzie… - zamyśliła się Mathilda - To znaczy, że dziewczynka…
- Jest księżniczką… Ale nie może wrócić do Camelotu… Uther skaże ją na śmierć, ponieważ jej matka znała magię. – powiedział smutnym głosem medyk.
- Biedne dziecko… - powiedziała staruszka, patrząc na dziewczynkę, która właśnie się obudziła. Mathilda wzięła ją na ręce i usiadła z powrotem w fotelu. Dziewczynka otworzyła oczy, które były dokładnie takie same, jak jej matki…
- Obiecałam tej kobiecie, że zajmę się jej córką… I słowa dotrzymam. – powiedziała Mathilda.
Gajusz uśmiechnął się na te słowa, ponieważ coś mu podpowiadało, że staruszka dobrze wychowa dziewczynkę i… przynajmniej na razie, nic jej nie grozi.
- Postanowiłam odejść stąd i zamieszkać w jakiejś wsi niedaleko granicy. – stwierdziła Mathilda.
- To dobry pomysł, tam będziecie bezpieczniejsze. – powiedział medyk i wstając z fotela dodał – Życzę wam szczęścia… Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
Kobieta uśmiechnęła się dobrodusznie.
- Do widzenia Gajuszu. Cieszę się, że cię poznałam… Dobrze jest wiedzieć, że są jeszcze dobrzy ludzie w Camelocie.
Medyk już miał zamykać drzwi, kiedy odwrócił się i zapytał:
- Czy Eleanor zdążyła dać dziewczynce imię?
- Tak… Dziewczynka nazywa się Nadiya.

***

Ciszę zmącił odgłos wystrzału z kuszy. Kilka sekund później ze starego dębu spadł przebity bełtem bażant. Nadiya pogratulowała sobie w myślach celnego strzału. Właściwie to nie pamiętała kiedy ostatnio chybiła. Podeszła do martwego bażanta, związała go liną i przewiesiła sobie przez plecy. Nie lubiła polować, ale musiała to robić, aby ona i jej opiekunka Mathilda miały co jeść. Dziewczyna, otrzepawszy się z kurzu i liści, udała się w stronę swojej wioski, Cheshire.
Nadiya zdecydowanie wyróżniała się spośród wszystkich kobiet w wiosce, przede wszystkim urodą i zachowaniem. Była piękną dziewczyną średniego wzrostu o bardzo szczupłej sylwetce. Miała długie, falowane, ciemne włosy i stalowo szare oczy. Jako, że mieszkała tylko z Mathildą, która była już bardzo stara, większość obowiązków spadało na nią, w tym także tych które zazwyczaj wykonuje mężczyzna. Kobiety dziwnie się na nią patrzyły i często śmiały się za jej plecami, kiedy, na przykład: szła przez wioskę, zazwyczaj cała ubrudzona błotem i kurzem, z trzema królikami przewieszonymi przez plecy i z kuszą w ręku. Ale ona nie zwracała na takie rzeczy uwagi.
Nadiya nie znała żadnego ze swoich rodziców. O ojcu nie wiedziała nic, nawet tego, jak się nazywał. Mathilda zawsze unikała rozmowy o nim i mówiła, że prawdę o swoim pochodzeniu pozna jak będzie gotowa. Natomiast jej matka zmarła tuż po tym, jak ją urodziła. Zdążyła tylko nadać jej imię. Nadiya wiedziała od swojej opiekunki, że jest bardzo podobna do swojej matki, Eleanor, ma jej oczy i urodę.
Była jeszcze jedna rzecz, którą po niej odziedziczyła… magia. Urodziła się z nią. Nadiya nie mogła publicznie używać swojego daru, ponieważ mieszkała w królestwie Uthera Pendragona, gdzie praktykowanie czarów jest karane śmiercią. Jednakże z pomocą Mathildy, która również posiadała takie zdolności, udało się jej zapanować nad swoją mocą. Od swojej opiekunki nauczyła się wiele o magii, zwłaszcza w zakresie lecznictwa.
Już dawno zapadła noc, kiedy w oddali ujrzała światła Cheshire. Była to nie wielka wioska, leżąca tuż przy granicy królestwa Cenreda. Jednak coś nie było w porządku. Nadiya wyczuła, że stało się coś złego. Przyśpieszyła kroku i po chwili do jej uszu doszły jakieś krzyki. W tym samym momencie ujrzała swoją wioskę w ogniu. Kolejne metry przebyła już biegiem, gubiąc przy okazji zdobytego bażanta. Gdy tylko znalazła się w pobliżu wioski, zrozumiała co się dzieje. Bandyci, noszący herb Cenreda, napadli na Cheshire. Najwyraźniej ich rozkazami było złupić i spalić wioskę, a opornych zabić. Nadiya instynktownie nałożyła bełt na kuszę i zabójczo celnym strzałem powaliła najbliższego wroga. W ten sposób zabiła jeszcze trzech innych mężczyzn. Dziewczyna uznała, że w dalszej walce skuteczniejszy będzie miecz, więc podeszła, odrzucając kuszę, do jednego z martwych bandytów i wzięła jego broń. Tak uzbrojona pobiegła szukać Mathildy. Na uliczkach miedzy domami, leżało mnóstwo trupów, w większości byli to ludzie, których znała praktycznie od urodzenia. Nagle, zza zakrętu wyskoczyło na nią dwóch bandytów. Nadiya bez namysłu zadała mordercze cięcie pierwszemu z nich. Drugi zamachnął się mieczem, celując w jej serce, jednak dziewczyna bez problemu zablokowała cios. Zanim mężczyzna zdążył zareagować, Nadiya przebiła go już swoją bronią. Pokonawszy tą przeszkodę, pobiegła dalej uliczką, prowadząca na skraj wioski, gdzie znajdował się jej dom. Dziewczyna wpadła do chaty, gdzie ku swojemu ogromnemu zdziwieniu i radości znalazła Mathildę cała i zdrową.
- Co ty tu jeszcze robisz?! Musimy uciekać! – krzyknęła w stronę staruszki.
- Przecież nie mogłam uciekać bez ciebie! – zawołała Mathilda.
Nadiya, rezygnując z dalszej wymiany zdań, pomogła swojej opiekunce wstać i wyprowadziła ją z domu.
- Idź do lasu i ukryj się. Nie czekaj na mnie. Muszę pomóc tym ludziom. – powiedziała Nadiya mocniej ściskając miecz.
- Chyba nie myślisz, że puszczę cię tam samą!
- Nie mamy na to czasu Nie mogę przecież zostaw…
Zdanie przerwał jej krzyk bandyty, nacierającego na nie od strony wsi. Za nim czaiło się jeszcze pięciu. „Dużo ich…” pomyślała Nadiya.
- Uciekaj! Ja ich zatrzymam! – krzyknęła do Mathildy i nie czekając na odpowiedź, natarła na pierwszego mężczyznę, którego uśmierciła jednym, celnym ciosem w głowę. W czasie, gdy rozprawiała się z kolejnym, który padł od cięcia w szyję, pozostała czwórka zdążyła ją otoczyć. Bandyta, po jej lewej stronie, zaatakował ją, chcąc trafić mieczem w głowę Nadiyi. Dziewczyna uchyliła się przed ciosem, ale w tej samej chwili poczuła potworny ból. Jeden z mężczyzn trafił ją w udo. Noga uginała się pod ciężarem Nadiyi. W ostatniej chwili odparowała uderzenie nacierającego mężczyzny i trafiła go mieczem w rękę. Ten krzyknął i wypuścił broń z dłoni. Nadiya zadała cios, ale mężczyzna nie miał już się czym bronić i padł martwy na ziemię. Dziewczyna czuła, że rana na nodze jest dość poważna, a nadmierny upływ krwi niedługo uniemożliwi jej dalszą walkę. Nie mając wyjścia blokowała kolejne ciosy. Zmęczenie narastało z każdą chwilą. Wiedziała już, że nie da rady wygrać tej walki, jeśli nie użyje swoich mocy. Skupiła całą wolę na przeciwnikach… Poczuła wzbierającą w niej wielką siłę, a jej oczy przybrały barwę bursztynu… W tym momencie, mężczyźni stojący przed nią zostali odrzuceni do tyłu przez potężną falę energii wysłaną przez czarodziejkę. Dziewczyna upadła ze zmęczenia na kolana. Po chwili poczuła na swoim ramieniu czyjąś rękę. Odwróciła się i zobaczyła uśmiechniętą Mathildę.
- Miałaś przecież uciekać…
- Mówiłam ci, że cię nie zostawię. Chciałam ci pomóc, ale ty doskonale sobie poradziłaś bez niej… Jestem z ciebie dumna.
Nagle staruszka pchnęła Nadiyę w bok. Dziewczyna upadła na plecy. Gdy podniosła się, zrozumiała co się stało. Jeden z bandytów, których powaliła zaklęciem przeżył i chciał zadać jej cios w plecy. Zabiłby ją, gdyby nie to, że Mathilda odepchnęła ją i przyjęła cios na siebie. Nadiya skupiła całą swoją wściekłość i spojrzała na mężczyznę bursztynowymi oczyma. Nie zdążył nawet krzyknąć… Padł martwy…
Dziewczyna klęknęła przy swojej wybawicielce.
- Chyba jednak będę musiała cię opuścić… - powiedziała Mathilda zmęczonym głosem.
- Nie… Poczekaj… Dam radę to wyleczyć…
- Nie Nadiyo… Rana jest zbyt głęboka. – kobieta widząc, że Nadiya chce zaprotestować, powiedziała – Posłuchaj mnie dziecko… To bardzo ważne. W dniu twoich pierwszych urodzin do mojej chaty przybył pewien druid. Powiedział mi, że przyjdzie czas, gdy Camelot będzie w wielkim niebezpieczeństwie… Tylko ty i czarodziej imieniem Emrys możecie uchronić go od zagłady…
- Nie rozumiem… - wyszeptała dziewczyna mając oczy pełne łez.
- Znajdź Emrysa, Nadiyo. To twoje przeznaczenie… - powiedziała Mathilda – Wybacz mi, że ukrywałam to przed tobą. Bałam się o ciebie. Obiecałam twojej matce, że się tobą zaopiekuję…
- Dotrzymałaś słowa… Dziękuję ci… Za wszystko… - powiedziała płacząc Nadiya.
- Obiecałam również, że powiem ci o twoim pochodzeniu… Odpowiedzi na swoje pytania szukaj w Camelocie, tam też znajdziesz Emrysa…
Staruszka zakasłała i dodała:
- Jestem z ciebie taka dumna… Byłaś dla mnie jak córka, której nigdy nie miałam… Kocham cię…
Mathilda ostatni raz spojrzała na Nadiyę i jej oczy znieruchomiały.
- A ty byłaś dla mnie matką…

***

Camelot. Emrys. Przepowiednia. Przeznaczenie. Te słowa cały czas krążyły w głowie Nadiyi, gdy szła leśną drogą w stronę nieznanego. Podjęła decyzję. Zdecydowała się zostawić Cheshire i wszystko co się z nim wiązało, za sobą. Rozpocznie nowe życie w Camelocie, gdzie miała nadzieję znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące jej pochodzenia oraz tajemniczego czarodzieja Emrysa z przepowiedni. Nie była pewna niczego, oprócz jednej rzeczy… Nic nie będzie już takie samo.


To już cały rozdział drugi :D Co o nim sądzicie?
PS. Wena przychodzi o różnych porach, u mnie przyszła o 2 w nocy XD
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » So lis 17, 2012 08:44

Jak dla mnie cudowne :) I z tego co się orientuję, nie ma błędów powtórzeniowych, także świetne fragment :)
Kurde to ja do tego trzeciego rozdziału też się będę musiała w końcu zabrać :wink:
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez iwek33 » So lis 17, 2012 10:41

Czytałam z zapartym tchem naprawdę świetny rozdział :wink:
iwek33
 
Posty: 63
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 19:43

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » So lis 17, 2012 10:47

Świetne! Ja znalazłam kilka powtórzeń, ale to tylko drobiazgi :)
Super wszystko opisałaś :D
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » So lis 17, 2012 10:48

rasp napisał(a):Kurde to ja do tego trzeciego rozdziału też się będę musiała w końcu zabrać :wink:

Ja też :P Postaram się dzisiaj napisać. W oczekiwaniu na odcinek zawsze mam większą wenę :D
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » So lis 17, 2012 11:02

Dzięki wszystkim! Większość rozdziału pisałam dzisiaj między drugą, a czwartą, ponieważ wena wybrała sobie właśnie taką porę na przybycie XD Mam nadzieje, że wam zbytnio moimi pomysłami nie namieszałam :D
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » So lis 17, 2012 13:29

Agga napisał(a):
rasp napisał(a):Kurde to ja do tego trzeciego rozdziału też się będę musiała w końcu zabrać :wink:

Ja też :P Postaram się dzisiaj napisać. W oczekiwaniu na odcinek zawsze mam większą wenę :D

Ja nie wiem, jak to z tym będzie u mnie, bo praktycznie cały czas na forum siedzę :wink:
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez ourfarewall » So lis 17, 2012 19:15

cudny rozdział, czuję się jakbym przeczytała fragment jakiegoś światowego bestselleru :D
ourfarewall
 
Posty: 96
Dołączył(a): Cz lis 08, 2012 20:39

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » So lis 17, 2012 21:05

Ourfarewall dawno Cię tu nie widziałam :D Mam nadzieję, że moje pomysły nie namieszały w Twoim rozdziale.

Cieszę się, że podoba się Wam mój rozdział.
Mogę umieszczać go już w Gotowych? Czy są jakieś rażące błędy, które trzeba poprawić?
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » So lis 17, 2012 22:46

Ja miałam już przedtem pisać, że od razu możesz go dać do gotowych :)
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez Roksolana » N lis 18, 2012 17:16

Bardzo mi się podoba :P tekst jest naprawdę dobry :)
Roksolana
 
Posty: 60
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:56

Re: Fragmenty

Postprzez ourfarewall » N lis 18, 2012 21:37

PozdrawiamWas napisał(a):Ourfarewall dawno Cię tu nie widziałam :D Mam nadzieję, że moje pomysły nie namieszały w Twoim rozdziale.

Cieszę się, że podoba się Wam mój rozdział.
Mogę umieszczać go już w Gotowych? Czy są jakieś rażące błędy, które trzeba poprawić?

No ostatnio za bardzo się nie udzielam, szkoła... Przez nią nawet nie mam czasu zastanowić się nad dalszą częścią książki... Cały weekend spędziłam przy matematyce, a nadal nic nie umiem.. Ale postaram się wziąć w garść i coś wymyśleć i może napisać.
ourfarewall
 
Posty: 96
Dołączył(a): Cz lis 08, 2012 20:39

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » Wt lis 20, 2012 18:20

A oto moja wersja początku trzeciego rozdziału:

Merlin obudził się gwałtownie. Była jeszcze noc, przez okno w jego skromnym pokoju zaglądał księżyc. Nie pamiętał, co przerwało jego sen. Nagle umysł stał się jaśniejszy i już wiedział. Znowu słyszał ten głos wzywający go natarczywie. "Muszę się dowiedzieć, do kogo należy i czego ode mnie chce, bo inaczej zwariuję", pomyślał. Wziął księgę magii, którą podarował mu Gajusz i przyświecając sobie ogarkiem świecy, przewracał powoli pożółkłe ze starości kartki. Po kilkunastu minutach, tracąc nadzieję na znalezienie czegokolwiek przydatnego, natrafił na rozdział poświęcony smokom. Wyprostował się ogarnięty jakimś dziwnym przeczuciem i zaczął czytać. "Smoki od wieków opisywane są jako bestie poświęcone Starej Religii. Już w zamierzchłych czasach pojawiały się w podaniach i legendach, lecz nikt do końca nie wie, w jakich okolicznościach pojawiły się pierwsze z tych prastarych stworzeń. Przekazuje się, że ich zew słyszą tylko ci, którzy są obdarzenie magią." Z podniecenia książka wypadła mu z ręki. "Czyżby chodziło o to? Słyszę wołanie smoka? Tylko skąd on by się wziął w Camelocie? Przecież król tępi wszystko, co ma jakikolwiek związek z czarami..." Myśli kłębiły mu się w głowie. Gdy w końcu wstał świt i usłyszał na dole krzątanie się medyka, zbiegł ze schodów i zanim zdążył zmienić zdanie, zapytał:
- Gajuszu, co wiesz o smokach?
- O smokach? - zdziwił się. - Cóż, posiadają wielką wiedzę o magii i nie tylko o niej. Uther kazał więc je wybić, jednak pozostawił jednego z nich dla przykładu i przykuł go łańcuchami do skały w jaskini pod zamkiem... Merlinie! Dokąd biegniesz? Nie zjadłeś jeszcze śniadania!
Bo kiedy Merlin usłyszał, że gdzieś głęboko pod nim jest uwięziony smok, postanowił z nim porozmawiać i miał nadzieję uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania. Jego matka, Will, inni mieszkańcy Eldor - wszyscy łącznie z nim samym zastanawiali się, dlaczego taki jest.
Lecz przemierzając korytarze w kierunku lochów, i jak sądził, wejścia do jaskini, wpadł na Ginewrę, która niosła kosz z ubraniami. Kobieta upadła rozsypując wokoło część z nich.
- Strasznie Cię przepraszam Gwen! Nie widziałem cię - krzyknął i pomógł się jej podnieść z podłogi i pozbierać lekko przybrudzone szaty. - Przeze mnie będziesz musiała znowu je uprać.
- Niosłam je właśnie do prania z komnaty Lady Morgany, więc nic się nie stało - uśmiechnęła się wyrozumiale.
- Kamień z serca - westchnął z ulgą. - Daj mi ten kosz, poniosę go za ciebie.
- Nie trzeba, naprawdę. Widzę, że dokądś się spieszyłeś, nie chcę zabierać ci czas. I tak służąc u Artura nie będziesz miał go zbyt wiele.
- Właśnie, Artur! - uderzył się ze swojego roztargnienia w czoło. - Mam nadzieję, że jeszcze nie wstał. Muszę zanieść mu śniadanie. Więc i tak idę w tamtą stronę - mrugnął do Gwen i ruszył z nią w kierunku kuchni. Jego spotkanie ze smokiem musiało jeszcze poczekać.

Na razie mam tyle i nie wiem co dalej :? Co Wy na to?
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » Wt lis 20, 2012 18:21

ups, miało być "obdarzone magią" :wink:
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » Wt lis 20, 2012 18:56

Jest super XD Może dalej napisz jak Merlin będzie budził Artur (jakieś latające przedmioty, wyzwiska pod adresem Merlina :D ).
Pytanko: Będziesz się z Aggą wzorować na serialu w tym rozdziale, czy tworzycie coś swojego?
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » Wt lis 20, 2012 19:06

Jasne jutro coś wymyślę, bo dzisiaj dwa razy już to pisałam, gdyż za pierwszym razem już przy końcówce niechcący mi się zamknęło :(
A nie wiem, nie wiem :wink: Ja staram się wymyślać przynajmniej coś trochę innego, muszę się z nią jakoś skonsultować :)
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » Wt lis 20, 2012 19:21

Czekam na kolejny fragment z niecierpliwością :D Na pewno super wam to wyjdzie, tylko nie zapomnijcie o zwrotach typu: "Merlin zamknij się" lub "Merlin ty idioto" XD
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez rasp » Wt lis 20, 2012 19:38

Hahahaha! No to musi być obowiązkowo :D
rasp
 
Posty: 70
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:15

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » So lis 24, 2012 16:13

No dobra, stworzyłam coś takiego: Młody czarodziej w pośpiechu zmierzał ze śniadaniem do komnaty swojego pana. Wiedział, że dzisiejszy dzień będzie gorszy niż poprzednie dni jego kariery jako sługi samego księcia. Był spóźniony i to bardzo. Merlin doskonale wiedział, że Artur nie jest w dobrym humorze, jeśli nie dostanie na czas śniadania. Żadne tłumaczenia zazwyczaj nie pomagały czarodziejowi, wręcz pogarszały sytuację. „Za jakie grzechy muszę pracować dla tego idioty? Uratowałem mu życie, a teraz jakby mu było mało muszę mu służyć. Mam nadzieję, że nie jest bardzo wściekły, nie mam zamiaru znowu sprzątać stajni…” Merlin wchodząc do komnaty Artura był gotowy na najgorsze ale to co zastał przerosło jego wszelkie oczekiwania.
- Co się tutaj stało? - spytał czarodziej z niedowierzaniem patrząc na bałagan panujący w pomieszczeniu. Wszystkie ubrania z szafy porozrzucane były na podłodze, nie mówiąc o zbroi i resztkach kolacji. Sprawca tego chaosu stał przy oknie i przeglądał jakieś dokumenty. Odpowiadając na pytanie sługi nawet nie oderwał od nich wzroku.
- Spóźniłeś się.
- Tylko dwadzieścia minut!
- Aż dwadzieścia minut – powiedział Artur odkładając papiery na stół. – Masz pojęcie, co dzisiaj jest za dzień?
- A ty masz pojęcie, ile mi zajmie sprzątanie TEGO?! – Merlin wskazał ręką na stos piętrzący się na podłodze.
- Więc radzę ci się pospieszyć, bo oprócz tego musisz się zająć stajniami!
- Ale…
- Nie przerywaj mi, kiedy do ciebie mówię! Jestem księciem Camelotu i nie próbuj mi się sprzeciwiać, bo dodatkowo spędzisz urocze popołudnie w towarzystwie zgniłych warzyw, zakuty w dyby!
W Merlinie wszystko się gotowało „Jak on śmie mi grozić! Gdyby tylko wiedział jaki jestem potężny, co mógłbym mu zrobić jedną myślą!” Zanim czarodziej zdążył się jeszcze bardziej nakręcić, przypomniał sobie egzekucję mężczyzny podejrzanego za czary, której niedawno był świadkiem. W głowie dźwięczały mu słowa Gajusza. Powinien trzymać swoją moc w sekrecie.
- Nic od rana nie jadłeś prawda?
- Słucham? – Merlin zbił Artura z tropu swoim pytaniem. Książę spodziewał się jakiegoś protestu albo wyzwisk do których się już powoli przyzwyczajał. Nie miał pojęcia do czego zmierza jego bezużyteczny sługa.
- Zawsze kiedy spóźnię się ze śniadaniem zachowujesz się jak zadufany wieśniak po kilku godzinach spędzonych w tawernie.
- Ja ci dam wieśniaka – to mówiąc książę chwycił najbliżej niego stojący przedmiot, którym okazał się być dzbanek na wino i cisnął nim w sługę. Niestety w swoim wzburzeniu nie zauważył, że dzbanek nie był pusty. Czerwony płyn rozlał się na wszystkie dokumenty położone wcześniej na stół i na twarz Artura.
- Widzisz? Teraz nawet wyglądasz jak wieśniak wychodzący z tawerny – zdołał wykrztusić Merlin pomiędzy salwami śmiechu.
Tym razem w stronę sługi poleciał but, który uderzył z hukiem w drzwi tuż koło jego głowy. Czarodziej szybko opuścił komnatę księcia. Postanowił dać Arturowi chwilę na ochłonięcie. Teraz na pewno nie ominie go sprzątanie stajni, ale chciał, by gniew księcia minął, zanim znowu pokaże mu się na oczy.

Nie jestem z tego w pełni zadowolona, ale jakoś nie miałam weny :? Ale to nie jest jeszcze mój cały wkład w rozdział :> Postaram się stworzyć jakiś lepszy fragment..
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » So lis 24, 2012 17:05

Hahah... Bardzo fajne :) Dobrze, że umieszczacie w swoim rozdziale zabawne sytuacje, bo po moim, który raczej nie grzeszył humorem, przyda się trochę śmiechu.
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez ourfarewall » Pn lis 26, 2012 19:34

to jest taki fragment kompletnie wyrwany z kontekstu, nie wiem gdzie on ma być i wgl, nie wiedziałam co mam pisać i wymyśliłam to XD

Nadiya mocniej przylgnęła do pędzącego pod nią wysokiego ogiera. Nie czuła się jeszcze zbyt pewnie w siodle, gdyż dopiero miesiąc temu zaczęła jeździć konno. Teraz jednak wymagała to jej praca, więc chcąc nie chcąc, musiała przezwyciężyć strach i galopować przez las za zwierzyną.
Dziewczyna ścigała sarnę, która w przerażeniu uciekała w coraz gęstsze zarośla. Co chwila traciła ją z oczu, jednak lata spędzone w lesie nauczyły ją podążania za uciekającymi zwierzętami. Tylko że podczas mieszkania w Cheshire polowała głównie na zające i bażanty, a teraz musiała nauczyć posługiwać się kuszą z galopującego pośród drzew wierzchowca.
Wystraszona sarna popełniła ogromny błąd - wybiegła na otwartą przestrzeń. Idealne miejsce do strzału. Przez swoją decyzję straci za moment życie.
Nadiya zręcznie naciągnęła bełt na kuszę i wycelowała w zwierze.
Skupić się na celu.
Sarna usiłowała jeszcze ratować swoje życie, chciała umknąć w bok i schronić się pomiędzy drzewami. Nie miała już jednak szans.
Skupić się na celu.
Nagle z zarośli na dziewczynę ruszył wilk. Nie wyglądał on jednak zwyczajnie. Nadiya zdążyła dostrzec jego złożone po obu stronach grzbietu skrzydła, masywną posturę i błyszczące ślepia. Chcąc się przed nim uchronić, użyła zaklęcia, którego dawno temu nauczyła ją Mathilda. Liczyła na natychmiastowy efekt. Potworowi jednak nic się nie stało i nadal biegł w jej stronę. Użyła innego zaklęcia. To również się nie sprawdziło. Zwróciła konia w przeciwną stronę i popędziła w stronę Camelotu. Miała nadzieję, że uda jej się zgubić nacierające na nią stworzenie. Pokonywała coraz gęstsze zarośla. Nie musiała się odwracać, by uznać że goniący ją potwór jest tuż za nią. Słyszała wydawany przez niego odgłos. Odgłos wciąganego ze świstem powietrza. Jej serce zaczęło bić jeszcze szybciej. Delikatnie poklepała konia po szyi.
- Wiem, że dasz radę piękny. - Taką przynajmniej miała nadzieję.
Odwróciła głowę. Oczy potwora utkwiły w niej spojrzenie. Ostatni obraz jaki pamięta to właśnie jego przeraźliwe spojrzenie. Później czuła już tylko straszliwy, rozdzierający jej ciało ból.

***

Nadiya powoli otworzyła oczy. Nie miała pojęcia gdzie jest ani jak tu trafiła. Omiotła wzrokiem pomieszczenie.
Znajdowała się w przestronnej izbie, do której przez duże okno wpadały ciepłe promienie słońca. Była ona skromnie urządzona, jednak bardzo przytulna. Przy ścianach stało kilka regałów, a na nich mnóstwo ksiąg. Nadiya jeszcze nigdy nie widziała tak obszernej biblioteki.
Przy stole znajdującym się w przeciwnym rogu pokoju siedzieli dwaj mężczyźni, których Nadiya widziała po raz pierwszy w życiu. Zwrócony w jej stronę człowiek w podeszłym wieku natknął się na jej spojrzenie.
- Nareszcie się obudziłaś moja droga.
Dziewczyna chciała zerwać się z łóżka i jak najszybciej uciec z tego pomieszczenia, jednak uniemożliwił jej to okropny ból głowy. Zdążyła się jedynie lekko unieść.
- Leż spokojnie, musisz teraz dużo wypoczywać. - Po raz kolejny odezwał się stary człowiek, zmierzając w jej stronę. Usiadł obok na stołku i położył dłoń na jej czole.
- Gdzie jestem ? Co ja tu robię? Kim jesteście? - Nadiya miała już tego dość. Znajdowała się u zupełnie obcych ludzi. Nie znała ich zamiarów.
- Jesteś w Camelocie. Nazywam się Gajusz i jestem medykiem dworu. A to mój podopieczny, Merlin. - W końcu mogła się przyjrzeć drugiej osobie znajdującej się w izbie. Był to chłopak prawdopodobnie w jej wieku. Wpatrywał się w nią swoimi niebieskimi oczami i delikatnie się uśmiechał.
- Jak się czujesz? - Miał bardzo miły głos, idealnie pasujący do tych spokojnych, błękitnych oczu.
- Nie za dobrze, okropnie boli mnie głowa.
- To dlatego, że spadłaś z konia. Uderzyłaś o drzewo. Powinnaś się cieszyć, że nie masz większych obrażeń.
Nagle wszystko sobie przypomniała. Polowanie. Pościg za sarną. Ucieczkę przez potworem. Upadek. Zerwała się z łóżka, chcąc im o tym wszystkim opowiedzieć. Gdy tylko to zrobiła, głowa tak ją zabolała, że na chwilę straciła kontakt z otoczeniem.
Mężczyzna powoli położył ją z powrotem.
- Mówiłem, żebyś spokojnie leżała.
Powoli mgła, która zasłoniła jej oczy zaczęła się rozmywać i dziewczyna znów trzeźwo patrzyła na medyka.
- Byłam na polowaniu, coś zaczęło mnie gonić.. To nie było normalne stworzenie. Miało skrzydła.
Gajusz i stojący obok niego chłopiec spojrzeli na siebie znacząco.
- Mówisz, że miał skrzydła.. Hmm... - Mężczyzna potarł sobie podbródek. - Byłaś przerażona, może to ci się po prostu zdawało.
- Nie! Niby dlaczego miałabym was okłamywać? Musicie mi uwierzyć! - Jeszcze tego brakowało, by ci ludzie nie uwierzyli w jej opowieść. Była pewna, że goniło ją magiczne stworzenie. Magiczne stworzenie, którego nie umiał powstrzymać nawet jej dar.
- Może i masz rację. Nie mamy jednak pewności. Leż spokojnie, zaraz przyniosę ci coś, co uśmierzy twój ból. - Medyk wstał i udał się w stronę regału, na którym znajdowały się substancje w różnego kształtu naczyniach.
Nadiya spojrzała na stojącego przy niej chłopaka.
- Proszę, powiedz że ty mi wierzysz. Mówię prawdę, to było magiczne stworzenie... - Zauważyła, że chłopak zwlekał z odpowiedzią.
- Nie znam się na magii. Nie mogę powiedzieć że masz rację, bo sam nie wiem co o tym myśleć.
Wrócił Gajusz. Podał jej małe szklane naczynie, w którym znajdowała się lekko zielonkawa ciecz.
- Wypij wszystko, przyniesie ci ulgę.
Dziewczyna przyjęła lekarstwo. Jak ma przekonać tych prostych ludzi, że ścigał ją magiczny potwór? Że powinni na siebie uważać? Oni wcale nie chcieli jej słuchać.
- No dobrze, odpoczywaj. Ja muszę wracać do pracy, ale Merlin z tobą zostanie więc nie powinnaś się niczego obawiać.
A więc chłopak z nią zostanie. Może jego uda się przekonać.
Kiwnęła lekko głową wyrażając zgodę.
Gdy tylko medyk wyszedł, chciała porozmawiać z jego podopiecznym Merlinem - jak nazwał go Gajusz. Jednak jej powieki stały się na tyle ciężkie, że nie mogła mieć otwartych oczu. Nim zasnęła, usłyszała jedynie:
- Nie martw się Nadiyo, ze mną już nic ci nie grozi.
Obudziła się dopiero następnego dnia. Czuła się już o wiele lepiej. Po rozglądnięciu się po pustej izbie zauważyła swoje ubrania leżące na stołku. Wstała, i za parawanem zmieniła koszulę nocną na swoją codzienną odzież. Uczesała również włosy i zaplotła je w warkocz.
Wyszła z izby i powoli ruszyła w dół schodów. Minęła strażników stojących przy wejściu. Wyszła z zamku i jej oczom ukazał się wspaniały dziedziniec pełny zarówno patrolujących teren rycerzy, za którymi powiewały obszerne karmazynowe peleryny, jak i prostych, wiejskich ludzi załatwiających własne sprawy.
- Widzę, że już się dobrze czujesz. Cieszę się. - Dziewczyna od razu poznała ten ciepły głos. Odwróciła się w stronę z której dobiegł.
- Zgadza się Merlinie, ból głowy już prawie w ogóle mi nie doskwiera. Bardzo ci dziękuję za opiekę.
Chłopak się uśmiechnął.
- Nie mnie powinnaś dziękować, ale Gajuszowi. To on użył całych swoich medycznych umiejętności aby cię wyleczyć.
- Wiem. Lecz to ty przy mnie czuwałeś... - Poczuła, że zaczyna się rumienić.
- Aaa.. o to chodzi. Gajusz mi kazał, więc nie miałem wyboru. Z nim lepiej się nie sprzeczać.
"No tak, teraz się będzie tłumaczył. A wydawał się miły."
Wpatrywali się w siebie przez chwilę, gdy ze schodów dobiegło głośne: Merlin!
Obydwoje odwrócili się w tamtą stronę.
- Artur. -Chłopak westchnął.
- Czego chce od ciebie książę?
- Jestem jego sługą.. niestety .. - Westchnął głęboko lecz po chwili znów na jego twarzy zawitał uśmiech.
- Na prawdę? - Chciała jeszcze coś dodać, ale książę po raz kolejny go zawołał, jednak tym razem dwa razy głośniej. Chłopak westchnął po raz kolejny.
- Muszę już iść.. uważaj na siebie, nie mam zamiaru znów cię pilnować.- Odwrócił się i pobiegł w górę schodów.
Nadiya obeszła dziedziniec a później wróciła do izby Gajusza. Z trudem odnalazła właściwe drzwi. Zamek był bowiem ogromnych rozmiarów, a każdy korytarz do złudzenia przypominał poprzedni.
Gdy weszła do środka, czekał na nią medyk i Raymund.
- No nareszcie jesteś, już myśleliśmy że się zgubiłaś. - Chłopak ten ostatnio zaczął ją o wiele mniej denerwować, jednak i tak często jego wypowiedzi ją irytowały. Mimo to cieszyła się że go widzi.
- Byłam na spacerze. Długo czekaliście?
- To nieistotne. Dobrze cie widzieć całą i zdrową. Usiądź.
Nadiya siadła obok Raymunda i napiła się wywaru który podał jej medyk.
- Uważam, że już w pełni odzyskałaś siły i możesz wrócić do swojego domu. Jeśli jednak odczuwałabyś jeszcze ból, to przyjdź do mnie i coś na to zaradzimy.
- Bardzo ci dziękuję.
- Raymond uważa, że powinnaś zrezygnować z polowania. Ja również myślę, że przez pewien czas powinnaś znaleźć sobie bardziej przyziemną pracę. - Nadiya przygryzła wargę. Na niczym innym się nie znała. Chyba, że...
- Gajuszu, a może jest ci potrzebna pomoc? Znam się całkiem dobrze na leczeniu, więc gdybyś mnie potrzebował to z chęcią ci pomogę. - Medyk obdarzył ją lekkim uśmiechem.
- Sądzę, że jest to propozycja nie do odrzucenia. Merlin ma coraz mniej czasu, nie chcę go obarczać dodatkowymi obowiązkami.
- No dobrze, możemy już iść. - Raymond delikatnie dotknął jej ramienia. - Chodź, ze mną się nie zgubisz.
Nadiya zignorowała zaczepkę i wstała od stołu.
- Przyjdź rano. Poszukasz mi ziół potrzebnych do sporządzania leków.
- Dobrze, przyjdę. - odpowiedziała. - I jeszcze raz za wszystko ci dziękuję.
- Nie ma za co, nie ma za co..
Następnego dnia już od rana mocno świeciło słońce. Zebrała potrzebne Gajuszowi lecznicze rośliny i wróciła do Camelotu. Wchodząc do jego izby minęła się z Merlinem, którego obdarzyła pogardliwym spojrzeniem. Przypadkowo lekko zderzyli się ramionami.
- Mógłbyś bardziej uważać. - powiedziała do chłopaka.
- To ty nie mieścisz się w drzwiach.
Gwałtownie się zatrzymała i odwróciła w jego stronę.
- Chcesz powiedzieć, że jestem gruba?
- Nie gruba, pulchna. - odpowiedział z uśmiechem Merlin.
- Bawi cię to?
- Jak zapewne zauważyłaś, tak. - puścił jej oczko. Dziewczyna teatralnie przewróciła oczami.
- Chciałabym przejść, o ile mi pozwolisz.
- Ależ oczywiście, proszę bardzo. - gestem wskazał jej drogę.
Nadiya bez słowa go minęła i weszła do izby. Czy ten chłopak musi aż tak ją denerwować? Miała nadzieję, że znajdzie w Camelocie przyjaciół, ale zaczynała w to wątpić.
Gajusza nie było w środku, więc zostawiła lecznicze rośliny na stole i wyszła na dziedziniec zamku.
- Nadiya?
Dziewczyna odwróciła się w stronę dobiegającego głosu. Za nią stała młoda kobieta w jej wieku. Długie, kręcone włosy lekko opadały na jej ramiona. W rękach trzymała wiklinowy kosz pełen ubrań.
- Tak, to ja. - odpowiedziała. - Mogę ci w czymś pomóc?
- Nie, nie trzeba. - z uśmiechem zaprzeczyła tamta. - Jestem Gwen. Słyszałam, że zaczęłaś pracę u Gajusza.
- Zgadza się. To dopiero pierwszy dzień i nie miałam zbyt wielu zajęć.
- Usługuję pani Morganie, więc możliwe, że będziemy się często widywać. Cieszę się, że mogłam cię poznać, ale mam pracę.
- Do zobaczenia. - Nadiya z uśmiechem pożegnała nowo poznaną dziewczynę.
ourfarewall
 
Posty: 96
Dołączył(a): Cz lis 08, 2012 20:39

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » Pn lis 26, 2012 20:49

Zajebisty! Naprawdę świetny fragment! Ourfarewall myślałam już, że nas opuściłaś XD Ale ten tekst to kawał dobrej roboty!
Uwielbiam te zaczepki między Merlinem, a Nadiyą XD Hah... te odzywki są mistrzowskie!
Tylko jedna mała uwaga... skąd Merlin wiedział jak Nadiya ma na imię?
Myślę, że ten fragment możemy umieścić w 4 rozdziale, ale chyba lepiej by było w 6. To już zależy od Was :)
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez ourfarewall » Wt lis 27, 2012 16:43

ja bym was opuściła? niemożliwe ;p
właśnie mi przypomniałaś, że zapomniałam zawrzeć w rozmowie Nadiyi o Gajusza, że to Raymund ją znalazł i oddał pod opiekę medykowi. ale to wymaga dopracowania, więc jeszcze pozmieniam ;)
ourfarewall
 
Posty: 96
Dołączył(a): Cz lis 08, 2012 20:39

Re: Fragmenty

Postprzez Syrakuz » Pt lis 30, 2012 18:42

A będzie może napisane o tym jak Uther zabił smoki i uwięził jednego, czy już na to za późno?
Syrakuz
 
Posty: 1
Dołączył(a): Pt lis 30, 2012 18:39

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » Pt gru 21, 2012 19:48

Dobra, wiem. PRZEPRASZAM!! Strasznie zawaliłam, tak długo tego nie dodawałam... Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Możecie bić. Mam nadzieję, że wybaczycie i że może być :)

Merlin całkiem skutecznie unikał Artura. Udawało mu się to robić aż do śniadania, na którym jako sługa księcia musiał się pojawić. Na Artura natknął się tuż przed komnatą, w której jadała rodzina królewska. Ku ogromnemu zdziwieniu Merlina książę zdołał sam się w miarę ogarnąć po porannej przygodzie z dzbankiem. Niestety nie wszystkie skutki tego niefortunnego rzutu odeszły w zapomnienie. Wystarczył jeden rzut oka na Artura, by stwierdzić, że był zdenerwowany. Zdenerwowany, to nawet mało powiedziane. Był wściekły. Nie dość, że musiał sam się ubrać to jeszcze zmyć wino z włosów. To drugie nie do końca mu się udało, ale książę i tak był zadowolony z efektów swojej pracy. Kiedy tylko zauważył Merlina uśmiechnął się złośliwie. Nie było to dobrym znakiem. Młody czarodziej wiedział, że w głowie Artura właśnie zostaje obmyślana dla niego surowa kara. Merlin zaczął się zastanawiać, czy nie zatęskni za sprzątaniem stajni. Artur już miał coś powiedzieć, ale przerwał mu donośny i władczy głos, który rozległ mu się za plecami.
- Dzień dobry Arturze.
Uther witając się z synem nawet nie spojrzał w kierunku Merlina, który nawet się z tego cieszył. Król od zawsze budził w nim niepokój. Kiedy chłopak pierwszy raz zobaczył Uthera ten akurat skazywał na śmierć mężczyznę podejrzanego o czary.
- Witaj ojcze. - Artur odpowiedział sztywno. Widać było, że ma do ojca ogromny respekt.
Merlin otworzył drzwi dla monarchy i jego syna. Na stole było już podane śniadanie. Półmiski pełne różnego rodzaju mięs, warzyw i owoców zostały nie dawno wniesione przez służbę. Kiedy Artur usiadł koło ojca ten zaczął się dziwnie na niego patrzyć. Książę nie zdawał sobie sprawy ze świdrującego spojrzenia króla, póki ten się do niego nie odezwał.
- Arturze, przecież o tym rozmawialiśmy.
Młody Pendragon zatrzymał widelec z mięsem w połowie drogi do ust i ze zdziwieniem popatrzył na Uthera.
- O czym rozmawialiśmy?
- Nie udawaj, że nie wiesz. Nie jestem jeszcze taki stary, żeby tego nie zauważyć.
Nawet Merlin popatrzył ze zdziwieniem na króla.
- Nie zauważyć czego? - dopytywał Artur.
- No ładnie. Tym razem znowu przesadziłeś, prawda? Ale żeby nawet tego nie pamiętać... Arturze, musisz z tym skończyć.
Teraz Artur na prawdę się zaniepokoił. Przecież ostatnimi czasy nic nie przeskrobał. Spojrzał na Merlina, ale ten pokręcił głową dając znak, że też nie wie o co chodzi.
Widząc konsternację syna król postanowił wyjaśnić o co mu chodzi.
- Znowu byłeś w tawernie.
- Co?
- I znowu się upiłeś. Arturze, to nie przystoi przyszłemu władcy Camelotu. Musisz zachowywać się godnie, a nie szlajać po tawernach jak zwykły rycerz.
W miarę wypowiedzi Uthera zdziwienie Artura rosło. Podobnie jak rozbawienie Merlina, bo ten w przeciwieństwie swojego pana zrozumiał, dlaczego król myślał, że jego syn upił się w tawernie.
- Ojcze, przecież... Skąd ci to przyszło do głowy?
- Nie udawaj głupiego. Z daleka czuć od ciebie winem. Na dodatek, jak dotąd nie zauważyłem, żeby twoje włosy miały w niektórych miejscach różowawy odcień.
Artur sięgnął ręką do włosów i wyczuł kilka posklejanych kosmyków. Jego umiejętności mycia głowy jednak nie były takie wielkie, jak podejrzewał.
- Nie byłem w tawernie. Ja... Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.
Artur w połowie zdania zrezygnował z powiedzenia prawdy. Już wolał, żeby ojciec wierzył w swoją wersję wydarzeń, niż dowiedział się, że Artur oblał się winem próbując rzucić dzbankiem w swojego sługę. To było dopiero nie godne zachowanie.
- Zachowałeś się jak ktoś z plebsu. Jeśli jeszcze kiedyś zauważę, że chodzisz pijany, to licz się z konsekwencjami.
Uther uznał temat za zamknięty, więc wrócił do spożywania śniadania. Merlin z trudem powstrzymywał śmiech, a Artur gotował się ze złości.
Nagle drzwi komnaty się otworzyły. Oczy wszystkich skierowały się na piękną dziewczynę, która właśnie wchodziła do pomieszczenia. Była wysoka, o oczach niebieskich jak ocean i długich czarnych włosach. Miała na sobie zielono-złotą suknię, która podkreślała jej szczupłą sylwetkę. Tuż za nieznajomą nieśmiało kroczyła Gwen.
- Witaj Morgano. - głos króla nagle złagodniał, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Zadziwiające jak szybko oschły, surowy ojciec mógł się zmienić w miłego i kochającego opiekuna.
Lady Morgana odpowiedziała na powitanie władcy i również się uśmiechnęła. Naburmuszony Artur tylko skinął głową.
Merlin nie mógł oderwać wzroku od nowo przybyłej. Było w niej coś innego, wyjątkowego. Czarodziej nie mógł tego wytłumaczyć, ale czuł się jakby łączyła go z podopieczną króla jakaś więź. Starał się nie patrzeć na kobietę, ale czasami przyłapywał się na obserwowaniu jej kątem oka. Nie zdawał sobie sprawy, że jego zainteresowanie Morganą jest odwzajemnione. Ona również ukradkiem spoglądała na tajemniczego sługę.

***

Po śniadaniu miało miejsce dokładnie to, czego Merlin się spodziewał: Artur wymierzył mu karę. Młody czarodziej miał rację myśląc, że zatęskni za sprzątaniem stajni. Nawet to było lepsze od spędzenia miłego popołudnia w dybach. Samo siedzenie w dybach nie było najgorsze, chociaż później ból pleców strasznie dokuczał. Najgorsze było rzucanie zgniłymi warzywami. Słońce już chyliło się ku zachodowi, kiedy Merlin wracał do swojego pokoju. Na głowie miał prawdziwą sałatkę warzywną. Pomidory, kapusta, buraki to tylko niektóre ze składników owej sałatki. Czarodziej dziękował losowi, że tym razem nikt nie wpadł na pomysł rzucania w niego ziemniakami. Chłopak już miał wejść do wieży, w której znajdowała się komnata nadwornego medyka, kiedy usłyszał za sobą znajomy głos.
- O, tutaj jesteś. Wszędzie cię szukałem. Chciałem ci tylko przypomnieć, że stajnie czekają specjalnie na ciebie, żebyś je posprzątał.
W tym momencie Merlin zaczął żałować, że musi ukrywać swoją magię, bo najchętniej zrobiłby Arturowi jakąś krzywdę.
- Chyba sobie żartujesz.
- Znasz mnie już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że rzadko bywam w nastroju do żartów. - książę odwrócił się, ale jeszcze na odchodnym dodał - Życzę miłej pracy.
Czarodziej miał dość. Był cały obolały w dodatku pokryty warzywami, a teraz jeszcze miał iść i sprzątać stajnie? Tego było za wiele. Na pewno szybko by się ze wszystkim uwinął, gdyby tylko użył magii. Jeden jedyny raz. Chyba nikt tego nie zobaczy, prawda?
Merlin przemknął do stajni i zamknął za sobą drzwi. Upewnił się, że jest sam. Wyciągnął rękę i zaczął szukać w pamięci odpowiedniego zaklęcia. Nagle miotły i szczotki leżące na ziemi ożyły i zaczęły w szybkim tempie zamiatać i szorować. Chwilę później stajnia lśniła czystością. Merlin wykorzystał to, że nikt go nie widzi i za pomocą zaklęcia usunął z siebie resztki warzyw. Już miał wracać do swojego pokoju, kiedy znowu usłyszał ten tajemniczy głos wołający jego imię. Na początku strasznie się przestraszył, bo myślał, że ktoś go jednak obserwował, dopiero później uświadomił sobie, że już go słyszał. To był głos smoka.
Czarodziej nie marnując czasu udał się do lochów, gdzie miał nadzieję uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania.

Co sądzicie? I jeszcze raz PRZEPRASZAM!!
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » Pt gru 21, 2012 19:49

Jeszcze mogę napisać o spotkaniu ze smokiem, co wy na to?
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » Pt gru 21, 2012 19:54

Czyli reasumując na razie mamy tyle trzeciego rozdziału:

Merlin obudził się gwałtownie. Była jeszcze noc, przez okno w jego skromnym pokoju zaglądał księżyc. Nie pamiętał, co przerwało jego sen. Nagle umysł stał się jaśniejszy i już wiedział. Znowu słyszał ten głos wzywający go natarczywie. "Muszę się dowiedzieć, do kogo należy i czego ode mnie chce, bo inaczej zwariuję", pomyślał. Wziął księgę magii, którą podarował mu Gajusz i przyświecając sobie ogarkiem świecy, przewracał powoli pożółkłe ze starości kartki. Po kilkunastu minutach, tracąc nadzieję na znalezienie czegokolwiek przydatnego, natrafił na rozdział poświęcony smokom. Wyprostował się ogarnięty jakimś dziwnym przeczuciem i zaczął czytać. "Smoki od wieków opisywane są jako bestie poświęcone Starej Religii. Już w zamierzchłych czasach pojawiały się w podaniach i legendach, lecz nikt do końca nie wie, w jakich okolicznościach pojawiły się pierwsze z tych prastarych stworzeń. Przekazuje się, że ich zew słyszą tylko ci, którzy są obdarzenie magią." Z podniecenia książka wypadła mu z ręki. "Czyżby chodziło o to? Słyszę wołanie smoka? Tylko skąd on by się wziął w Camelocie? Przecież król tępi wszystko, co ma jakikolwiek związek z czarami..." Myśli kłębiły mu się w głowie. Gdy w końcu wstał świt i usłyszał na dole krzątanie się medyka, zbiegł ze schodów i zanim zdążył zmienić zdanie, zapytał:
- Gajuszu, co wiesz o smokach?
- O smokach? - zdziwił się. - Cóż, posiadają wielką wiedzę o magii i nie tylko o niej. Uther kazał więc je wybić, jednak pozostawił jednego z nich dla przykładu i przykuł go łańcuchami do skały w jaskini pod zamkiem... Merlinie! Dokąd biegniesz? Nie zjadłeś jeszcze śniadania!
Bo kiedy Merlin usłyszał, że gdzieś głęboko pod nim jest uwięziony smok, postanowił z nim porozmawiać i miał nadzieję uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania. Jego matka, Will, inni mieszkańcy Eldor - wszyscy łącznie z nim samym zastanawiali się, dlaczego taki jest.
Lecz przemierzając korytarze w kierunku lochów, i jak sądził, wejścia do jaskini, wpadł na Ginewrę, która niosła kosz z ubraniami. Kobieta upadła rozsypując wokoło część z nich.
- Strasznie Cię przepraszam Gwen! Nie widziałem cię - krzyknął i pomógł się jej podnieść z podłogi i pozbierać lekko przybrudzone szaty. - Przeze mnie będziesz musiała znowu je uprać.
- Niosłam je właśnie do prania z komnaty Lady Morgany, więc nic się nie stało - uśmiechnęła się wyrozumiale.
- Kamień z serca - westchnął z ulgą. - Daj mi ten kosz, poniosę go za ciebie.
- Nie trzeba, naprawdę. Widzę, że dokądś się spieszyłeś, nie chcę zabierać ci czas. I tak służąc u Artura nie będziesz miał go zbyt wiele.
- Właśnie, Artur! - uderzył się ze swojego roztargnienia w czoło. - Mam nadzieję, że jeszcze nie wstał. Muszę zanieść mu śniadanie. Więc i tak idę w tamtą stronę - mrugnął do Gwen i ruszył z nią w kierunku kuchni. Jego spotkanie ze smokiem musiało jeszcze poczekać.

Młody czarodziej w pośpiechu zmierzał ze śniadaniem do komnaty swojego pana. Wiedział, że dzisiejszy dzień będzie gorszy niż poprzednie dni jego kariery jako sługi samego księcia. Był spóźniony i to bardzo. Merlin doskonale wiedział, że Artur nie jest w dobrym humorze, jeśli nie dostanie na czas śniadania. Żadne tłumaczenia zazwyczaj nie pomagały czarodziejowi, wręcz pogarszały sytuację. „Za jakie grzechy muszę pracować dla tego idioty? Uratowałem mu życie, a teraz jakby mu było mało muszę mu służyć. Mam nadzieję, że nie jest bardzo wściekły, nie mam zamiaru znowu sprzątać stajni…” Merlin wchodząc do komnaty Artura był gotowy na najgorsze ale to co zastał przerosło jego wszelkie oczekiwania.
- Co się tutaj stało? - spytał czarodziej z niedowierzaniem patrząc na bałagan panujący w pomieszczeniu. Wszystkie ubrania z szafy porozrzucane były na podłodze, nie mówiąc o zbroi i resztkach kolacji. Sprawca tego chaosu stał przy oknie i przeglądał jakieś dokumenty. Odpowiadając na pytanie sługi nawet nie oderwał od nich wzroku.
- Spóźniłeś się.
- Tylko dwadzieścia minut!
- Aż dwadzieścia minut – powiedział Artur odkładając papiery na stół. – Masz pojęcie, co dzisiaj jest za dzień?
- A ty masz pojęcie, ile mi zajmie sprzątanie TEGO?! – Merlin wskazał ręką na stos piętrzący się na podłodze.
- Więc radzę ci się pospieszyć, bo oprócz tego musisz się zająć stajniami!
- Ale…
- Nie przerywaj mi, kiedy do ciebie mówię! Jestem księciem Camelotu i nie próbuj mi się sprzeciwiać, bo dodatkowo spędzisz urocze popołudnie w towarzystwie zgniłych warzyw, zakuty w dyby!
W Merlinie wszystko się gotowało „Jak on śmie mi grozić! Gdyby tylko wiedział jaki jestem potężny, co mógłbym mu zrobić jedną myślą!” Zanim czarodziej zdążył się jeszcze bardziej nakręcić, przypomniał sobie egzekucję mężczyzny podejrzanego za czary, której niedawno był świadkiem. W głowie dźwięczały mu słowa Gajusza. Powinien trzymać swoją moc w sekrecie.
- Nic od rana nie jadłeś prawda?
- Słucham? – Merlin zbił Artura z tropu swoim pytaniem. Książę spodziewał się jakiegoś protestu albo wyzwisk do których się już powoli przyzwyczajał. Nie miał pojęcia do czego zmierza jego bezużyteczny sługa.
- Zawsze kiedy spóźnię się ze śniadaniem zachowujesz się jak zadufany wieśniak po kilku godzinach spędzonych w tawernie.
- Ja ci dam wieśniaka – to mówiąc książę chwycił najbliżej niego stojący przedmiot, którym okazał się być dzbanek na wino i cisnął nim w sługę. Niestety w swoim wzburzeniu nie zauważył, że dzbanek nie był pusty. Czerwony płyn rozlał się na wszystkie dokumenty położone wcześniej na stół i na twarz Artura.
- Widzisz? Teraz nawet wyglądasz jak wieśniak wychodzący z tawerny – zdołał wykrztusić Merlin pomiędzy salwami śmiechu.
Tym razem w stronę sługi poleciał but, który uderzył z hukiem w drzwi tuż koło jego głowy. Czarodziej szybko opuścił komnatę księcia. Postanowił dać Arturowi chwilę na ochłonięcie. Teraz na pewno nie ominie go sprzątanie stajni, ale chciał, by gniew księcia minął, zanim znowu pokaże mu się na oczy.

Merlin całkiem skutecznie unikał Artura. Udawało mu się to robić aż do śniadania, na którym jako sługa księcia musiał się pojawić. Na Artura natknął się tuż przed komnatą, w której jadała rodzina królewska. Ku ogromnemu zdziwieniu Merlina książę zdołał sam się w miarę ogarnąć po porannej przygodzie z dzbankiem. Niestety nie wszystkie skutki tego niefortunnego rzutu odeszły w zapomnienie. Wystarczył jeden rzut oka na Artura, by stwierdzić, że był zdenerwowany. Zdenerwowany, to nawet mało powiedziane. Był wściekły. Nie dość, że musiał sam się ubrać to jeszcze zmyć wino z włosów. To drugie nie do końca mu się udało, ale książę i tak był zadowolony z efektów swojej pracy. Kiedy tylko zauważył Merlina uśmiechnął się złośliwie. Nie było to dobrym znakiem. Młody czarodziej wiedział, że w głowie Artura właśnie zostaje obmyślana dla niego surowa kara. Merlin zaczął się zastanawiać, czy nie zatęskni za sprzątaniem stajni. Artur już miał coś powiedzieć, ale przerwał mu donośny i władczy głos, który rozległ mu się za plecami.
- Dzień dobry Arturze.
Uther witając się z synem nawet nie spojrzał w kierunku Merlina, który nawet się z tego cieszył. Król od zawsze budził w nim niepokój. Kiedy chłopak pierwszy raz zobaczył Uthera ten akurat skazywał na śmierć mężczyznę podejrzanego o czary.
- Witaj ojcze. - Artur odpowiedział sztywno. Widać było, że ma do ojca ogromny respekt.
Merlin otworzył drzwi dla monarchy i jego syna. Na stole było już podane śniadanie. Półmiski pełne różnego rodzaju mięs, warzyw i owoców zostały nie dawno wniesione przez służbę. Kiedy Artur usiadł koło ojca ten zaczął się dziwnie na niego patrzyć. Książę nie zdawał sobie sprawy ze świdrującego spojrzenia króla, póki ten się do niego nie odezwał.
- Arturze, przecież o tym rozmawialiśmy.
Młody Pendragon zatrzymał widelec z mięsem w połowie drogi do ust i ze zdziwieniem popatrzył na Uthera.
- O czym rozmawialiśmy?
- Nie udawaj, że nie wiesz. Nie jestem jeszcze taki stary, żeby tego nie zauważyć.
Nawet Merlin popatrzył ze zdziwieniem na króla.
- Nie zauważyć czego? - dopytywał Artur.
- No ładnie. Tym razem znowu przesadziłeś, prawda? Ale żeby nawet tego nie pamiętać... Arturze, musisz z tym skończyć.
Teraz Artur na prawdę się zaniepokoił. Przecież ostatnimi czasy nic nie przeskrobał. Spojrzał na Merlina, ale ten pokręcił głową dając znak, że też nie wie o co chodzi.
Widząc konsternację syna król postanowił wyjaśnić o co mu chodzi.
- Znowu byłeś w tawernie.
- Co?
- I znowu się upiłeś. Arturze, to nie przystoi przyszłemu władcy Camelotu. Musisz zachowywać się godnie, a nie szlajać po tawernach jak zwykły rycerz.
W miarę wypowiedzi Uthera zdziwienie Artura rosło. Podobnie jak rozbawienie Merlina, bo ten w przeciwieństwie swojego pana zrozumiał, dlaczego król myślał, że jego syn upił się w tawernie.
- Ojcze, przecież... Skąd ci to przyszło do głowy?
- Nie udawaj głupiego. Z daleka czuć od ciebie winem. Na dodatek, jak dotąd nie zauważyłem, żeby twoje włosy miały w niektórych miejscach różowawy odcień.
Artur sięgnął ręką do włosów i wyczuł kilka posklejanych kosmyków. Jego umiejętności mycia głowy jednak nie były takie wielkie, jak podejrzewał.
- Nie byłem w tawernie. Ja... Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.
Artur w połowie zdania zrezygnował z powiedzenia prawdy. Już wolał, żeby ojciec wierzył w swoją wersję wydarzeń, niż dowiedział się, że Artur oblał się winem próbując rzucić dzbankiem w swojego sługę. To było dopiero nie godne zachowanie.
- Zachowałeś się jak ktoś z plebsu. Jeśli jeszcze kiedyś zauważę, że chodzisz pijany, to licz się z konsekwencjami.
Uther uznał temat za zamknięty, więc wrócił do spożywania śniadania. Merlin z trudem powstrzymywał śmiech, a Artur gotował się ze złości.
Nagle drzwi komnaty się otworzyły. Oczy wszystkich skierowały się na piękną dziewczynę, która właśnie wchodziła do pomieszczenia. Była wysoka, o oczach niebieskich jak ocean i długich czarnych włosach. Miała na sobie zielono-złotą suknię, która podkreślała jej szczupłą sylwetkę. Tuż za nieznajomą nieśmiało kroczyła Gwen.
- Witaj Morgano. - głos króla nagle złagodniał, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Zadziwiające jak szybko oschły, surowy ojciec mógł się zmienić w miłego i kochającego opiekuna.
Lady Morgana odpowiedziała na powitanie władcy i również się uśmiechnęła. Naburmuszony Artur tylko skinął głową.
Merlin nie mógł oderwać wzroku od nowo przybyłej. Było w niej coś innego, wyjątkowego. Czarodziej nie mógł tego wytłumaczyć, ale czuł się jakby łączyła go z podopieczną króla jakaś więź. Starał się nie patrzeć na kobietę, ale czasami przyłapywał się na obserwowaniu jej kątem oka. Nie zdawał sobie sprawy, że jego zainteresowanie Morganą jest odwzajemnione. Ona również ukradkiem spoglądała na tajemniczego sługę.

***

Po śniadaniu miało miejsce dokładnie to, czego Merlin się spodziewał: Artur wymierzył mu karę. Młody czarodziej miał rację myśląc, że zatęskni za sprzątaniem stajni. Nawet to było lepsze od spędzenia miłego popołudnia w dybach. Samo siedzenie w dybach nie było najgorsze, chociaż później ból pleców strasznie dokuczał. Najgorsze było rzucanie zgniłymi warzywami. Słońce już chyliło się ku zachodowi, kiedy Merlin wracał do swojego pokoju. Na głowie miał prawdziwą sałatkę warzywną. Pomidory, kapusta, buraki to tylko niektóre ze składników owej sałatki. Czarodziej dziękował losowi, że tym razem nikt nie wpadł na pomysł rzucania w niego ziemniakami. Chłopak już miał wejść do wieży, w której znajdowała się komnata nadwornego medyka, kiedy usłyszał za sobą znajomy głos.
- O, tutaj jesteś. Wszędzie cię szukałem. Chciałem ci tylko przypomnieć, że stajnie czekają specjalnie na ciebie, żebyś je posprzątał.
W tym momencie Merlin zaczął żałować, że musi ukrywać swoją magię, bo najchętniej zrobiłby Arturowi jakąś krzywdę.
- Chyba sobie żartujesz.
- Znasz mnie już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że rzadko bywam w nastroju do żartów. - książę odwrócił się, ale jeszcze na odchodnym dodał - Życzę miłej pracy.
Czarodziej miał dość. Był cały obolały w dodatku pokryty warzywami, a teraz jeszcze miał iść i sprzątać stajnie? Tego było za wiele. Na pewno szybko by się ze wszystkim uwinął, gdyby tylko użył magii. Jeden jedyny raz. Chyba nikt tego nie zobaczy, prawda?
Merlin przemknął do stajni i zamknął za sobą drzwi. Upewnił się, że jest sam. Wyciągnął rękę i zaczął szukać w pamięci odpowiedniego zaklęcia. Nagle miotły i szczotki leżące na ziemi ożyły i zaczęły w szybkim tempie zamiatać i szorować. Chwilę później stajnia lśniła czystością. Merlin wykorzystał to, że nikt go nie widzi i za pomocą zaklęcia usunął z siebie resztki warzyw. Już miał wracać do swojego pokoju, kiedy znowu usłyszał ten tajemniczy głos wołający jego imię. Na początku strasznie się przestraszył, bo myślał, że ktoś go jednak obserwował, dopiero później uświadomił sobie, że już go słyszał. To był głos smoka.
Czarodziej nie marnując czasu udał się do lochów, gdzie miał nadzieję uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » Pt gru 21, 2012 20:27

Widzę, że koniec świata Ci służy XD Świetny tekst! To co, zamykamy rozdział 3, czy jeszcze coś dodacie?
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » Pt gru 21, 2012 20:36

Tak, koniec świata mnie zmobilizował :P Nie no, stwierdziłam, że nie ma sensu dalej szukać tej mojej pierwszej wersji, bo tylko wszystko opóźniam i napisałam od nowa.
Mogę jeszcze dodać rozmowę ze smokiem, jak uważacie :)
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » Pt gru 21, 2012 21:19

To nie jest głupi pomysł. Następny rozdział miał być o Nadiyi, tylko które fragmenty bierzemy do niego?
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » Pt gru 21, 2012 22:10

Dobra, to jutro dopiszę smoka.
A następny rozdział, to nie miało być to, jak Nadiyia poznaje Merlina?
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » So gru 22, 2012 14:19

Dotarcie do podziemi zamku nie było szczególnie trudne. Merlina zadziwiał fakt, że są one tak słabo strzeżone. Pomyślałby kto, że jeśli się trzyma gdzieś smoka, to pilnuje się aby nikt do niego przypadkiem nie zawędrował. Młody czarodziej cichutko przeszedł koło śpiących strażników, chwytając przy tym pochodnię i zapalając ją dzięki swoim umiejętnością. Chłopak długo wędrował po ciemnych i wilgotnych korytarzach. Już miał zamiar zawrócić, kiedy nagle wszedł do ogromnej groty. Aż wstrzymał oddech, kiedy uświadomił sobie jak duże musi być stworzenie przetrzymywane w tym miejscu.
- H-Halo? Jesteś tu?
Nagle w jaskini rozbrzmiał odległy ryk, któremu towarzyszył łopot ogromnych skrzydeł. Merlin z otwartymi ustami przyglądał się wielkiemu smokowi, który właśnie lądował tuż przed nim. Od stworzenia aż czuć było ogromną magię. Oczy smoka były złote i mieniły się różnymi odcieniami tego koloru.
- A więc nareszcie się spotykamy, młody czarodzieju. - głos stworzenia był bardzo donośny i stary.
- To byłeś ty, prawda? Wołałeś mnie.
- Oczywiście, że ja. Chciałeś mnie o coś zapytać, prawda?
- Ty wiesz dlaczego taki jestem. Dlaczego urodziłem się z magią.
- Zostałeś obdarzony magią nie bez powodu. Pomoże ci ona wypełnić twoje przeznaczenie.
- Przeznaczenie? Jakie przeznaczenie? - Merlin nie miał pojęcia o czym mówił smok. Przecież był tylko nic nie znaczącym chłopakiem z małej wioski. Co mogło być jego przeznaczeniem? Na pewno nic ważnego.
- Artur zostanie kiedyś wielkim królem. Będzie rządził mądrze i sprawiedliwie, zjednoczy wszystkie ziemie w jedno królestwo. Ale zanim to nastąpi będzie potrzebował twojej pomocy. Znajdzie się wielu, którzy będą chcieli jego śmierci. Musisz ich powstrzymać.
- Powstrzymać? Jeśli ktokolwiek chciałby zabić Artura nawet nie kiwnął bym palcem by mu przeszkodzić. Nawet bym mu pomógł. Poza tym, ten dupek ma być wielkim i wspaniałym królem? Szczerze wątpię. Jeśli poddanych będzie traktował tak jak mnie, to ja się wypisuję z tego królestwa.
- Więc może twoim przeznaczeniem jest go zmienić?
W to młody czarodziej nie był w stanie uwierzyć. Przecież Artur nikogo nie słuchał, a w szczególności jego. Chłopak stwierdził, że odwiedzenie smoka było błędem, bo najwyraźniej stworzenie nie wiedziało o czym mówi. Merlin odwrócił się od smoka z zamiarem pójścia do swojego pokoju i przemyślenia wszystkiego, co właśnie usłyszał kiedy smok ponownie do niego przemówił.
- Merlinie, to nie było mądre.
- Co?
- Używanie tak silnego zaklęcia w stajniach. Ktoś mógł cię zobaczyć, a wtedy nie wypełniłbyś tego, co ci przeznaczone.
- Skąd ty?
- Między nami, stworzeniami związanymi ze Starą Religią istnieje więź. Wiem o tobie więcej niż ci się wydaje.
Smok popatrzył na czarodzieja mrużąc przy tym oczy. Merlin szybko odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. W obecności stworzenia czuł się nieswojo. Zupełnie, jakby smok czytał mu w myślach, albo wiedział o nim więcej niż on sam.
Po dotarciu do komnaty Gajusza chłopak po cichu przemknął do swojego pokoju. Merlin czuł, że długo nie będzie mógł zasnąć, pomimo ogromnego zmęczenia. Ciągle zastanawiał się nad słowami smoka. Miał nadzieję, że stworzenie myliło się co do jego przeznaczenia.

Nie sprawdzałam, więc może być kilka błędów.
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » N gru 23, 2012 15:32

Agga jak zwykle świetnie :D Skleiłam rozdział trzeci. Nie znalazłam wiele błędów, więc jeśli ktoś jakiś znajdzie to niech napisze.

Rozdział trzeci
Merlin obudził się gwałtownie. Była jeszcze noc. Przez okno w jego skromnym pokoju zaglądał księżyc. Młody czarodziej przypomniał sobie, co przerwało jego sen. Znowu słyszał tajemniczy głos, wołający go po imieniu. "Muszę się dowiedzieć, do kogo należy i czego ode mnie chce, bo inaczej zwariuję", pomyślał. Wziął księgę magii, którą podarował mu Gajusz i przyświecając sobie ogarkiem świecy, powoli przewracał pożółkłe ze starości kartki. Po kilkunastu minutach, tracąc nadzieję na znalezienie czegokolwiek przydatnego, natrafił na rozdział poświęcony smokom. Wyprostował się, ogarnięty jakimś dziwnym przeczuciem i zaczął czytać. "Smoki od wieków opisywane są jako magiczne bestie poświęcone Starej Religii. Już w zamierzchłych czasach pojawiały się w podaniach i legendach. Nie zostało nigdy wyjaśnione, jak i gdzie powstały te stworzenia. Według niektórych czarodziei, zajmujących się badaniem smoków, ich zew słyszą tylko ludzie obdarzeni magią." Z podniecenia książka wypadła mu z ręki. "Czyżby chodziło o to? Słyszę wołanie smoka? Tylko skąd on by się wziął w Camelocie? Przecież król tępi wszystko, co ma jakikolwiek związek z czarami..." Myśli kłębiły mu się w głowie. Gdy w końcu wstało słońce, a z dołu dało się słyszeć krzątanie medyka, Merlin zbiegł ze schodów i zapytał:
- Gajuszu, co wiesz o smokach?
- O smokach? - zdziwił się. - Cóż, posiadają wielką wiedzę o magii i nie tylko o niej. Uther kazał je wybić, jednak pozostawił jednego z nich dla przykładu i przykuł go łańcuchami do skały w jaskini pod zamkiem... Merlinie! Dokąd biegniesz? Nie zjadłeś jeszcze śniadania!
Kiedy Merlin usłyszał, że gdzieś głęboko pod nim jest uwięziony smok, postanowił z nim porozmawiać i miał nadzieję uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania. Jego matka, Will, inni mieszkańcy Ealdor - wszyscy łącznie z nim samym zastanawiali się, dlaczego taki jest.
Przemierzając korytarze w kierunku lochów, i jak sądził, wejścia do jaskini, wpadł na Ginewrę, która niosła kosz z ubraniami. Kobieta upadła rozsypując wokoło część z nich.
- Strasznie cię przepraszam Gwen! Nie widziałem cię - krzyknął i pomógł się jej podnieść z podłogi i pozbierać lekko przybrudzone szaty. - Przeze mnie będziesz musiała znowu je uprać.
- Niosłam je właśnie do prania z komnaty Lady Morgany, więc nic się nie stało - uśmiechnęła się wyrozumiale.
- Kamień z serca - westchnął z ulgą. - Daj mi ten kosz, poniosę go za ciebie.
- Nie trzeba, naprawdę. Widzę, że dokądś się spieszyłeś, nie chcę zabierać ci czasu. I tak służąc u Artura nie będziesz miał go zbyt wiele.
- Właśnie, Artur! - uderzył się ze swojego roztargnienia w czoło. - Mam nadzieję, że jeszcze nie wstał. Muszę zanieść mu śniadanie. Więc i tak idę w tamtą stronę - mrugnął do Gwen i ruszył z nią w kierunku kuchni. Jego spotkanie ze smokiem musiało jeszcze poczekać.

Młody czarodziej w pośpiechu zmierzał ze śniadaniem do komnaty swojego pana. Wiedział, że dzisiejszy dzień będzie gorszy niż poprzednie dni jego kariery jako sługi samego księcia. Był spóźniony i to bardzo. Merlin doskonale wiedział, że Artur nie jest w dobrym humorze, jeśli nie dostanie na czas śniadania. Żadne tłumaczenia zazwyczaj nie pomagały czarodziejowi, wręcz pogarszały sytuację. „Za jakie grzechy muszę pracować dla tego idioty? Uratowałem mu życie, a teraz jakby mu było mało muszę mu służyć. Mam nadzieję, że nie jest bardzo wściekły, nie mam zamiaru znowu sprzątać stajni…” Merlin wchodząc do komnaty Artura był gotowy na najgorsze ale to co zastał przerosło jego wszelkie oczekiwania.
- Co się tutaj stało? - spytał czarodziej z niedowierzaniem patrząc na bałagan panujący w pomieszczeniu. Wszystkie ubrania z szafy porozrzucane były na podłodze, nie mówiąc o zbroi i resztkach kolacji. Sprawca tego chaosu stał przy oknie i przeglądał jakieś dokumenty. Odpowiadając na pytanie sługi nawet nie oderwał od nich wzroku.
- Spóźniłeś się.
- Tylko dwadzieścia minut!
- Aż dwadzieścia minut – powiedział Artur odkładając papiery na stół. – Masz pojęcie, co dzisiaj jest za dzień?
- A ty masz pojęcie, ile mi zajmie sprzątanie TEGO?! – Merlin wskazał ręką na stos piętrzący się na podłodze.
- Więc radzę ci się pospieszyć, bo oprócz tego musisz się zająć stajniami!
- Ale…
- Nie przerywaj mi, kiedy do ciebie mówię! Jestem księciem Camelotu i nie próbuj mi się sprzeciwiać, bo dodatkowo spędzisz urocze popołudnie w towarzystwie zgniłych warzyw, zakuty w dyby!
W Merlinie wszystko się gotowało „Jak on śmie mi grozić! Gdyby tylko wiedział jaki jestem potężny, co mógłbym mu zrobić jedną myślą!” Zanim czarodziej zdążył się jeszcze bardziej nakręcić, przypomniał sobie egzekucję mężczyzny podejrzanego za czary, której niedawno był świadkiem. W głowie dźwięczały mu słowa Gajusza. Powinien trzymać swoją moc w sekrecie.
- Nic od rana nie jadłeś prawda?
- Słucham? – Merlin zbił Artura z tropu swoim pytaniem. Książę spodziewał się jakiegoś protestu albo wyzwisk do których się już powoli przyzwyczajał. Nie miał pojęcia do czego zmierza jego bezużyteczny sługa.
- Zawsze kiedy spóźnię się ze śniadaniem zachowujesz się jak zadufany wieśniak po kilku godzinach spędzonych w tawernie.
- Ja ci dam wieśniaka – to mówiąc książę chwycił najbliżej niego stojący przedmiot, którym okazał się być dzbanek na wino i cisnął nim w sługę. Niestety w swoim wzburzeniu nie zauważył, że dzbanek nie był pusty. Czerwony płyn rozlał się na wszystkie dokumenty położone wcześniej na stół i na twarz Artura.
- Widzisz? Teraz nawet wyglądasz jak wieśniak wychodzący z tawerny – zdołał wykrztusić Merlin pomiędzy salwami śmiechu.
Tym razem w stronę sługi poleciał but, który uderzył z hukiem w drzwi tuż koło jego głowy. Czarodziej szybko opuścił komnatę księcia. Postanowił dać Arturowi chwilę na ochłonięcie. Teraz na pewno nie ominie go sprzątanie stajni, ale chciał, by gniew księcia minął, zanim znowu pokaże mu się na oczy.

Merlin całkiem skutecznie unikał Artura. Udawało mu się to robić aż do śniadania, na którym jako sługa księcia musiał się pojawić. Na Artura natknął się tuż przed komnatą, w której jadała rodzina królewska. Ku ogromnemu zdziwieniu Merlina, książę zdołał sam się w miarę ogarnąć po porannej przygodzie z dzbankiem. Niestety nie wszystkie skutki tego niefortunnego rzutu odeszły w zapomnienie. Wystarczył jeden rzut oka na Artura, by stwierdzić, że był zdenerwowany. Zdenerwowany, to nawet mało powiedziane. Był wściekły. Nie dość, że musiał sam się ubrać to jeszcze zmyć wino z włosów. To drugie nie do końca mu się udało, ale książę i tak był zadowolony z efektów swojej pracy. Kiedy tylko zauważył Merlina uśmiechnął się złośliwie. Nie było to dobrym znakiem. Młody czarodziej wiedział, że w głowie Artura właśnie zostaje obmyślana dla niego surowa kara. Merlin zaczął się zastanawiać, czy nie zatęskni za sprzątaniem stajni. Artur już miał coś powiedzieć, ale przerwał mu donośny i władczy głos, który rozległ mu się za plecami.
- Dzień dobry Arturze.
Uther witając się z synem nawet nie spojrzał w kierunku Merlina, który nawet się z tego cieszył. Król od zawsze budził w nim niepokój. Kiedy chłopak pierwszy raz zobaczył Uthera ten akurat skazywał na śmierć mężczyznę podejrzanego o czary.
- Witaj ojcze. - Artur odpowiedział sztywno. Widać było, że czuje do ojca ogromny respekt.
Merlin otworzył drzwi dla monarchy i jego syna. Na stole było już podane śniadanie. Półmiski pełne różnego rodzaju mięs, warzyw i owoców zostały nie dawno wniesione przez służbę. Kiedy Artur usiadł koło ojca ten zaczął się dziwnie na niego patrzyć. Książę nie zdawał sobie sprawy ze świdrującego spojrzenia króla, póki ten się do niego nie odezwał.
- Arturze, przecież o tym rozmawialiśmy.
Młody Pendragon zatrzymał widelec z mięsem w połowie drogi do ust i ze zdziwieniem popatrzył na Uthera.
- O czym rozmawialiśmy?
- Nie udawaj, że nie wiesz. Nie jestem jeszcze taki stary, żeby tego nie zauważyć.
Nawet Merlin popatrzył ze zdziwieniem na króla.
- Nie zauważyć czego? - dopytywał Artur.
- No ładnie. Tym razem znowu przesadziłeś, prawda? Ale żeby nawet tego nie pamiętać... Arturze, musisz z tym skończyć.
Teraz Artur na prawdę się zaniepokoił. Przecież ostatnimi czasy nic nie przeskrobał. Spojrzał na Merlina, ale ten pokręcił głową dając znak, że też nie wie o co chodzi.
Widząc konsternację syna, król postanowił wyjaśnić o co mu chodzi:
- Znowu byłeś w tawernie.
- Co?
- I znowu się upiłeś. Arturze, to nie przystoi przyszłemu władcy Camelotu. Musisz zachowywać się godnie, a nie szlajać po tawernach jak zwykły rycerz.
W miarę wypowiedzi Uthera zdziwienie Artura rosło. Podobnie jak rozbawienie Merlina, bo ten w przeciwieństwie swojego pana zrozumiał, dlaczego król myślał, że jego syn upił się w tawernie.
- Ojcze, przecież... Skąd ci to przyszło do głowy?
- Nie udawaj głupiego. Z daleka czuć od ciebie winem. Na dodatek, jak dotąd nie zauważyłem, żeby twoje włosy miały w niektórych miejscach różowawy odcień.
Artur sięgnął ręką do włosów i wyczuł kilka posklejanych kosmyków. Jego umiejętności mycia głowy jednak nie były takie wielkie, jak podejrzewał.
- Nie byłem w tawernie. Ja... Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.
Artur w połowie zdania zrezygnował z powiedzenia prawdy. Już wolał, żeby ojciec wierzył w swoją wersję wydarzeń, niż dowiedział się, że Artur oblał się winem próbując rzucić dzbankiem w swojego sługę. To było dopiero nie godne zachowanie.
- Zachowałeś się jak ktoś z plebsu. Jeśli jeszcze kiedyś zauważę, że chodzisz pijany, to licz się z konsekwencjami.
Uther uznał temat za zamknięty, więc wrócił do spożywania śniadania. Merlin z trudem powstrzymywał śmiech, a Artur gotował się ze złości.
Nagle drzwi komnaty się otworzyły. Oczy wszystkich skierowały się na piękną dziewczynę, która właśnie wchodziła do pomieszczenia. Była wysoka, o oczach niebieskich jak ocean i długich czarnych włosach. Miała na sobie zielono-złotą suknię, która podkreślała jej szczupłą sylwetkę. Tuż za nieznajomą nieśmiało kroczyła Gwen.
- Witaj Morgano. - głos króla nagle złagodniał, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Zadziwiające jak szybko oschły, surowy ojciec mógł się zmienić w miłego i kochającego opiekuna.
Lady Morgana odpowiedziała na powitanie władcy i również się uśmiechnęła. Naburmuszony Artur tylko skinął głową.
Merlin nie mógł oderwać wzroku od nowo przybyłej. Było w niej coś innego, wyjątkowego. Czarodziej nie mógł tego wytłumaczyć, ale czuł się jakby łączyła go z podopieczną króla jakaś więź. Starał się nie patrzeć na kobietę, ale czasami przyłapywał się na obserwowaniu jej kątem oka. Nie zdawał sobie sprawy, że jego zainteresowanie Morganom jest odwzajemnione. Ona również ukradkiem spoglądała na tajemniczego sługę.

Po śniadaniu miało miejsce dokładnie to, czego Merlin się spodziewał: Artur wymierzył mu karę. Młody czarodziej miał rację myśląc, że zatęskni za sprzątaniem stajni. Nawet to było lepsze od spędzenia miłego popołudnia w dybach. Samo siedzenie w dybach nie było najgorsze, chociaż później ból pleców strasznie dokuczał. Najgorsze było rzucanie zgniłymi warzywami. Słońce już chyliło się ku zachodowi, kiedy Merlin wracał do swojego pokoju. Na głowie miał prawdziwą sałatkę warzywną. Pomidory, kapusta, buraki to tylko niektóre ze składników owej sałatki. Czarodziej dziękował losowi, że tym razem nikt nie wpadł na pomysł rzucania w niego ziemniakami. Chłopak już miał wejść do wieży, w której znajdowała się komnata nadwornego medyka, kiedy usłyszał za sobą znajomy głos.
- O, tutaj jesteś. Wszędzie cię szukałem. Chciałem ci tylko przypomnieć, że stajnie czekają specjalnie na ciebie, żebyś je posprzątał.
W tym momencie Merlin zaczął żałować, że musi ukrywać swoją magię, bo najchętniej zrobiłby Arturowi jakąś krzywdę.
- Chyba sobie żartujesz.
- Znasz mnie już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że rzadko bywam w nastroju do żartów. - książę odwrócił się, ale jeszcze na odchodnym dodał - Życzę miłej pracy.
Czarodziej miał dość. Był cały obolały w dodatku pokryty warzywami, a teraz jeszcze miał iść i sprzątać stajnie? Tego było za wiele. Na pewno szybko by się ze wszystkim uwinął, gdyby tylko użył magii. Jeden jedyny raz. Chyba nikt tego nie zobaczy, prawda?
Merlin przemknął do stajni i zamknął za sobą drzwi. Upewnił się, że jest sam. Wyciągnął rękę i zaczął szukać w pamięci odpowiedniego zaklęcia. Nagle miotły i szczotki leżące na ziemi ożyły i zaczęły w szybkim tempie zamiatać i szorować. Chwilę później stajnia lśniła czystością. Merlin wykorzystał to, że nikt go nie widzi i za pomocą zaklęcia usunął z siebie resztki warzyw. Już miał wracać do swojego pokoju, kiedy znowu usłyszał ten tajemniczy głos wołający jego imię. Na początku strasznie się przestraszył, bo myślał, że ktoś go jednak obserwował, dopiero później uświadomił sobie, że już go słyszał. To był głos smoka.
Czarodziej nie marnując czasu udał się do lochów, gdzie miał nadzieję uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Dotarcie do podziemi zamku nie było szczególnie trudne. Merlina zadziwiał fakt, że są one tak słabo strzeżone. Pomyślałby kto, że jeśli się trzyma gdzieś smoka, to pilnuje się aby nikt do niego przypadkiem nie zawędrował. Młody czarodziej cichutko przeszedł koło śpiących strażników, chwytając przy tym pochodnię i zapalając ją dzięki swoim umiejętnością. Chłopak długo wędrował po ciemnych i wilgotnych korytarzach. Już miał zamiar zawrócić, kiedy nagle wszedł do ogromnej groty. Aż wstrzymał oddech, kiedy uświadomił sobie jak duże musi być stworzenie przetrzymywane w tym miejscu.
- H-Halo? Jesteś tu?
Nagle w jaskini rozbrzmiał odległy ryk, któremu towarzyszył łopot ogromnych skrzydeł. Merlin z otwartymi ustami przyglądał się wielkiemu smokowi, który właśnie lądował tuż przed nim. Od stworzenia aż czuć było potężną magię. Oczy smoka były złote i mieniły się różnymi odcieniami tego koloru.
- A więc nareszcie się spotykamy, młody czarodzieju. - głos stworzenia był bardzo donośny i stary.
- To byłeś ty, prawda? Wołałeś mnie.
- Oczywiście, że ja. Chciałeś mnie o coś zapytać, prawda?
- Ty wiesz dlaczego taki jestem. Dlaczego urodziłem się z magią.
- Zostałeś obdarzony magią nie bez powodu. Pomoże ci ona wypełnić twoje przeznaczenie.
- Przeznaczenie? Jakie przeznaczenie? - Merlin nie miał pojęcia o czym mówił smok. Przecież był tylko nic nie znaczącym chłopakiem z małej wioski. Co mogło być jego przeznaczeniem? Na pewno nic ważnego.
- Artur zostanie kiedyś wielkim królem. Będzie rządził mądrze i sprawiedliwie, zjednoczy wszystkie ziemie w jedno królestwo. Ale zanim to nastąpi będzie potrzebował twojej pomocy. Znajdzie się wielu, którzy będą chcieli jego śmierci. Musisz ich powstrzymać.
- Powstrzymać? Jeśli ktokolwiek chciałby zabić Artura nawet nie kiwnął bym palcem by mu przeszkodzić. Nawet bym mu pomógł. Poza tym, ten dupek ma być wielkim i wspaniałym królem? Szczerze wątpię. Jeśli poddanych będzie traktował tak jak mnie, to ja się wypisuję z tego królestwa.
- Więc może twoim przeznaczeniem jest go zmienić?
Merlin odwrócił się od smoka z zamiarem pójścia do swojego pokoju i przemyślenia wszystkiego, co właśnie usłyszał kiedy smok ponownie do niego przemówił.
- Merlinie, to nie było mądre.
- Co?
- Używanie tak silnego zaklęcia w stajniach. Ktoś mógł cię zobaczyć, a wtedy nie wypełniłbyś tego, co ci przeznaczone.
- Skąd ty?
- Między nami, stworzeniami związanymi ze Starą Religią istnieje więź. Wiem o tobie więcej niż ci się wydaje.
Smok popatrzył na czarodzieja mrużąc przy tym oczy. Merlin szybko odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. W obecności stworzenia czuł się nieswojo. Zupełnie, jakby smok czytał mu w myślach, albo wiedział o nim więcej niż on sam.
Po dotarciu do komnaty Gajusza chłopak po cichu przemknął do swojego pokoju. Merlin czuł, że długo nie będzie mógł zasnąć, pomimo ogromnego zmęczenia. Ciągle zastanawiał się nad słowami smoka. Miał nadzieję, że stworzenie myliło się co do jego przeznaczenia.
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » N gru 23, 2012 22:23

Rozdział czwarty
Po wielu dniach pieszej wędrówki, Nadiya dotarła do Camelotu. Dziewczynę przeraził jego ogrom. To miasto było zupełnym przeciwieństwem spokojnego Cheshire, w którym słuchać było jedynie śpiew ptaków i szum drzew rosnących wkoło jej domu. Na wspomnienie o jedynym miejscu, które znała, gdzie czuła się bezpieczna, w kąciku jej oka pojawiła się łza. Szybko otarła ją końcem rękawa. Obiecała sobie, że będzie silna. Że stawi czoła przeciwnościom losu. Przecież była dzielna. Musiała. Idąc drogą przez dolne miasto wiele razy została potrącona przez ludzi śpieszących załatwić własne sprawy. Wkoło biegały bawiące się dzieci. Jak ona, drobna dziewczyna, do tej pory mieszkająca na uboczu, ma znaleźć tu ukrywającego się czarodzieja, którego miała ostrzec przed czyhającym nań zagrożeniem?
- Chce może panienka kupić kawałek ciasta?
Nadiya nagle się ocknęła. Myśl o tym, jak teraz poradzi sobie zupełnie sama, całkowicie ją pochłonęła. Odwróciła się w stronę, z której dobiegł głos. Na drewnianym stołku, obok stolika na którym leżała taca z wypiekami siedziała mała dziewczynka. Miała koło siedmiu, ośmiu lat. Ubrana była w starą, za dużą na nią sukienkę, związaną w pasie rzemykiem, by mała mogła chodzić nie potykając się o koniec ubrania. Nadiyi zrobiło się jest okropnie żal. Miała co prawda trochę oszczędności w sakiewce przy swoim boku, jednak musiała wynająć mieszkanie i uzupełnić zapasy które były już na wyczerpaniu. Dziewczynka utkwiła w niej swoje duże, błękitne oczy.
- Przepraszam cię, nie mam pieniędzy na takie pyszności.
Mała spuściła głowę i wbiła wzrok w ziemię. Nim to zrobiła, Nadiya dostrzegła, że zaczęły się szklić. Podeszła do dziewczynki, kucnęła przed nią i ujęła jej drobną rączkę.
- A powiesz mi, ile kosztuje to ciasteczko? Wygląda na prawdę przepysznie.
Dziewczynka od razu się ożywiła. Zaczęła zachwalać wszystkie wypieki. Zapewne tak ją nauczono.
Nadiya wybrała kawałek ciasta i zapłaciła małej, która szczęśliwa przekładała pieniążek z jednej rączki do drugiej.
Czarodziejka na pożegnanie poczochrała jej jasne włoski i oddaliła się w poszukiwaniu swojego miejsca, w którym musiała od nowa zacząć układać sobie życie.
Po całym dniu poszukiwać, zastukała w drzwi, które sprawiały wrażenie, że zaraz się rozpadną. Chwilę później stanął w nich gospodarz. Był to stary, wychudły mężczyzna. Z długą, siwą brodą i wygoloną na łyso głową wydał się Nadiyi co najmniej śmieszny.
- Czego? - Nie był również uprzejmy. Jego twarz miała ostry wyraz, a piwne oczy wpatrywały się w nią natarczywie.
- Ja.. szukam pokoju.
Gospodarz zaśmiał się gardłowo. Nadiya nie miała pojęcia, o co temu staremu człowiekowi chodzi. Nie odważyła się mu jednak przerwać. Nim zdążyła się zorientować, on już zaczął przymykać drzwi.
A więc o to chodziło. Miała na sobie zniszczone trudami podróży ubranie, była brudna i nieuczesana. Mężczyzna uznał ją zapewne za żebraczkę, chcącą za darmo korzystać z jego gościnności.
- Zapłacę! Mam pieniądze!
Starzec natychmiast umilkł.
- Czemuś tak nie gadała od razu? - Otworzył drzwi i gestem zaprosił ją do środka. - Zapraszam w moje skromne progi.
Nadiya, zdenerwowana zachowaniem starca, weszła do budynku. Gospodarz zamknął skrzypiące, zniszczone drzwi, minął ją i ruszył schodami na górę. Dziewczyna nieśmiało udała się za nim. W końcu starzec zatrzymał się i otworzył drzwi po prawej stronie.
- Proszę, twoje nowe mieszkanie. - Mężczyzna złośliwie się uśmiechnął. Wiedział, że Nadiya będzie się musiała na nie zgodzić. W Camelocie bardzo trudno było o pokój.
- Dziękuję.. Dziewczyna nieśmiało przestąpiła próg. W środku cuchnęło pleśnią. Już chciała zamknąć za sobą drzwi, gdy złapał za nie gospodarz.
- Płatne z góry.
No tak. Chciał się upewnić, że trochę tu pomieszka, a nie ucieknie o świcie, decydując się na poszukanie czegoś lepszego.
- Myślałam, że mogę zapłacić rano. - Wyjęła z torby sakiewkę. Otworzyła ją i podała mężczyźnie pieniądze.
- Zapomniałaś dopłacić za ogrzewanie. - Nadiya westchnęła. Musiała zrobić co jej rozkazał, inaczej będzie skazana nocować na ulicy. Dołożyła gospodarzowi jeszcze kilka monet. Zadowolony starzec zacisnął je w dłoni.
- Dobrej nocy. - Uśmiechnął się ironicznie i ruszył w stronę schodów. Dziewczyna nareszcie mogła odetchnąć. Jej nogi, opuchnięte po długiej wędrówce, najpierw przez lasy, a dzisiejszego dnia przez miasto, domagały się wypoczynku. Usiadła na senniku i rozejrzała się po izbie. Sufit sprawiał wrażenie niegdyś bielonego, teraz jednak pokrywała go gruba warstwa kurzu, pajęczyn oraz sadzy świec i lamp. Pokój sprawiał wrażenie piwnicy. Pod jednym z wąskich okien stał średniej wielkości, drewniany stół. Na nim znajdowała się lampa. Nadiya zaśmiała się do siebie drwiąco. A więc to było jej "ogrzewanie". Brudne ściany były całe w plamach po rozgniecionych owadach. W rogu pomieszczenia stała szafa. Wyglądała na najlepszą rzecz w tej starej, śmierdzącej izbie. Podłoga również była zaniedbana. Zrobiona z sosnowych desek, pokryta była kilkumilimetrową warstwą brudu. Dziewczyna była tak zmęczona, że zdążyła jedynie ściągnąć buty. Osunęła się na sennik i zasnęła.
Tuż przed świtem obudziły ją dziwne odgłosy. Przerażona rozejrzała się po izbie. W końcu jej oczy zaczęły przyzwyczajać się do ciemności. Wstała i boso ruszyła w kierunku drzwi. Uchyliła się lekko i rozejrzała się po korytarzu. Nie dostrzegła niczego, co mogłoby jej zagrażać. Zamknęła drzwi i gdy już miała znów się położyć, dźwięk się powtórzył. Przypominało to głuche uderzenia czegoś w podłogę. Po raz kolejny otworzyła drzwi do swojej izby i rozejrzała się. Nareszcie dostrzegła, co wydawało ten dźwięk. Po schodach na górę wchodził, a dokładniej wpełzał, jakiś mężczyzna. Był tak pijany, że nawet nie mógł utrzymać się na nogach. Miał może nieco ponad dwadzieścia lat.
Mężczyźnie nareszcie udało się wspiąć do góry. O dziwo trafił od razu do swojego pokoju. Nadiya niezauważanie zniknęła w swojej izbie i zamknęła drzwi. Słońce dopiero co wzeszło, jednakże w jej pokoju było już prawie widno. W świetle słonecznym wyglądał on jeszcze gorzej.
Dziewczyna uznała, że nie będzie się już kładła. Usiadła na krześle przy stole i wyjęła z torby resztki zapasów. Posiliła się i postanowiła przywrócić do porządku nie tylko izbę, ale i siebie. Jedno wiedziała na pewno - gdy tylko znajdzie Emrysa i pozna prawdę o swoim pochodzeniu, odejdzie z Camelotu i już nigdy nie wróci do tego miasta.

Nadiya wzięła stojące przy drzwiach wiadro i udała się po wodę do studni. Po kąpieli i częściowym uprzątnięciu jej nowego domu, postanowiła rozejrzeć się po okolicy za pracą, o którą było równie trudno jak i o pokój. Pytała wiele kobiet z okolicy, czy nie potrzebują kogoś do pomocy przy ich codziennych pracach. Niestety wszystkie ją zbywały. Zrezygnowana, zaczęła się kierować w stronę jej nowego domu. Po drodze udała się na targ, by kupić coś do jedzenia.
- Słyszałem, że szukasz pracy.
Nadiya odwróciła się w stronę, z której pochodził głos. Był to ten sam mężczyzna, który tuż nad ranem uniemożliwił jej sen. On również musiał ją poznać. Już chciała odejść, gdy tamten zawołał:
- Umiesz strzelać z kuszy? Zatrzymała się. To oczywiste, że umiała. Gdy mieszkała w Cheshire, często sama polowała na drobną zwierzynę. Mathilda była już na to za stara. Nie lubiła zabijać bezbronnych zwierząt, lecz musiała to robić jeśli sama chciała utrzymać się przy życiu.
- Umiem. Dlaczego pytasz?
Tamten szeroko się uśmiechnął. Nadiya wywróciła teatralnie tęczówkami.
- Tak się składa, że potrzebni mi ludzie do polowań. Mam nadzieję, że mówisz prawdę, nie chcę byś zrobiła sobie krzywdę.
Coraz bardziej ją irytował.
- O to nie musisz się martwić. Kiedy mogę zacząć?
Mężczyzna zignorował jej pytanie.
- Jestem Raymund. A ty?
- Nadiya. Mógłbyś przejść do konkretów? Jeśli nie masz nic dobrego do zaoferowania, muszę szukać gdzieś indziej.
Raymund po raz kolejny się uśmiechnął. Miała go już dość.
- Przyjdź do mnie jutro rano, to ustalimy wszystko odnośnie twojej nowej roboty.
Nadiya westchnęła. Ruszyła w stronę zamieszkiwanej przez nią kamienicy. Miała już swój kąt. Jutro zapewne zgodzi się na pracę u Raymunda, nie miała innego wyboru.

Teraz musiała skupić się na celu, z którym przybyła do tego obcego, nieprzyjemnego miejsca. Na dziwnej przepowiedni, o której dowiedziała się od umierającej Mathildy.

***

Nadiya mocniej przylgnęła do pędzącego pod nią ogiera. Nie czuła się jeszcze zbyt pewnie w siodle, gdyż dopiero miesiąc temu zaczęła jeździć konno. Teraz jednak wymagała to jej praca, więc chcąc nie chcąc, musiała przezwyciężyć strach i galopować przez las za zwierzyną.
Dziewczyna ścigała sarnę, która w przerażeniu uciekała w coraz gęstsze zarośla. Co chwila traciła ją z oczu, jednak lata spędzone w lesie nauczyły ją podążania za uciekającymi zwierzętami. Tylko że podczas mieszkania w Cheshire polowała głównie na zające i bażanty, a teraz musiała nauczyć posługiwać się kuszą z galopującego pośród drzew wierzchowca.
Wystraszona sarna popełniła ogromny błąd - wybiegła na otwartą przestrzeń. Idealne miejsce do strzału. Przez swoją decyzję straci za moment życie.
Nadiya zręcznie naciągnęła bełt na kuszę i wycelowała w zwierzę.
„Skupić się na celu.”
Sarna usiłowała jeszcze ratować swoje życie, chciała umknąć w bok i schronić się pomiędzy drzewami. Nie miała już jednak szans.
„Skupić się na celu.”
Nagle z zarośli na dziewczynę ruszył jakieś zwierzę. Nie wyglądało zwyczajnie. Nadiya zdążyła dostrzec jego złożone po obu stronach grzbietu skrzydła, masywną posturę i błyszczące ślepia. Chcąc się przed nim uchronić, użyła zaklęcia, którego dawno temu nauczyła ją Mathilda. Liczyła na natychmiastowy efekt. Potworowi jednak nic się nie stało i nadal biegł w jej stronę. Użyła innego zaklęcia. To również się nie sprawdziło. Zwróciła konia w przeciwną stronę i popędziła w stronę Camelotu. Miała nadzieję, że uda jej się zgubić nacierające na nią stworzenie. Pokonywała coraz gęstsze zarośla. Nie musiała się odwracać, by uznać że goniący ją potwór jest tuż za nią. Słyszała wydawany przez niego odgłos. Odgłos wciąganego ze świstem powietrza. Jej serce zaczęło bić jeszcze szybciej. Delikatnie poklepała konia po szyi.
- Wiem, że dasz radę piękny. - Taką przynajmniej miała nadzieję.
Odwróciła głowę. Oczy potwora utkwiły w niej spojrzenie. Ostatni obraz jaki pamięta to właśnie jego przeraźliwe spojrzenie. Później czuła już tylko straszliwy, rozdzierający jej ciało ból.

Nadiya powoli otworzyła oczy. Nie miała pojęcia gdzie jest ani jak tu trafiła. Omiotła wzrokiem pomieszczenie.
Znajdowała się w przestronnej izbie, do której przez duże okno wpadały ciepłe promienie słońca. Była ona skromnie urządzona, jednak bardzo przytulna. Przy ścianach stało kilka regałów, a na nich mnóstwo ksiąg. Nadiya jeszcze nigdy nie widziała tak obszernej biblioteki.
Przy stole znajdującym się w przeciwnym rogu pokoju siedzieli dwaj mężczyźni, których Nadiya widziała po raz pierwszy w życiu. Zwrócony w jej stronę człowiek w podeszłym wieku natknął się na jej spojrzenie.
- Nareszcie się obudziłaś moja droga.
Dziewczyna chciała zerwać się z łóżka i jak najszybciej uciec z tego pomieszczenia, jednak uniemożliwił jej to okropny ból głowy. Zdążyła się jedynie lekko unieść.
- Leż spokojnie, musisz teraz dużo wypoczywać. - Po raz kolejny odezwał się stary człowiek, zmierzając w jej stronę. Usiadł obok na stołku i położył dłoń na jej czole.
- Gdzie jestem ? Co ja tu robię? Kim jesteście? - Nadiya miała już tego dość. Znajdowała się u zupełnie obcych ludzi. Nie znała ich zamiarów.
- Jesteś w Camelocie. Nazywam się Gajusz i jestem medykiem dworu. A to mój podopieczny, Merlin. - W końcu mogła się przyjrzeć drugiej osobie znajdującej się w izbie. Był to chłopak prawdopodobnie w jej wieku. Wpatrywał się w nią swoimi niebieskimi oczami i delikatnie się uśmiechał.
- Jak się czujesz? - Miał bardzo miły głos, idealnie pasujący do tych spokojnych, błękitnych oczu.
- Nie za dobrze, okropnie boli mnie głowa.
- To dlatego, że spadłaś z konia. Uderzyłaś o drzewo. Powinnaś się cieszyć, że nie masz większych obrażeń. Twój pracodawca, Raymund, odnalazł ciebie nieprzytomną w lesie i przeniósł cię tutaj.
Nagle wszystko sobie przypomniała. Polowanie. Pościg za sarną. Ucieczkę przez potworem. Upadek. Zerwała się z łóżka, chcąc im o tym wszystkim opowiedzieć. Gdy tylko to zrobiła, głowa tak ją zabolała, że na chwilę straciła kontakt z otoczeniem.
Mężczyzna powoli położył ją z powrotem.
- Mówiłem, żebyś spokojnie leżała.
Powoli mgła, która zasłoniła jej oczy zaczęła się rozmywać i dziewczyna znów trzeźwo patrzyła na medyka.
- Byłam na polowaniu, coś zaczęło mnie gonić.. To nie było normalne stworzenie. Miało skrzydła.
Gajusz i stojący obok niego chłopiec spojrzeli na siebie znacząco.
- Mówisz, że miał skrzydła.. Hmm... - Mężczyzna potarł sobie podbródek. - Byłaś przerażona, może to ci się po prostu zdawało.
- Nie! Niby dlaczego miałabym was okłamywać? Musicie mi uwierzyć! - Jeszcze tego brakowało, by ci ludzie nie uwierzyli w jej opowieść. Była pewna, że goniło ją magiczne stworzenie. Magiczne stworzenie, którego nie umiał powstrzymać nawet jej dar.
- Może i masz rację. Nie mamy jednak pewności. Leż spokojnie, zaraz przyniosę ci coś, co uśmierzy twój ból. - Medyk wstał i udał się w stronę regału, na którym znajdowały się substancje w różnego kształtu naczyniach.
Nadiya spojrzała na stojącego przy niej chłopaka.
- Proszę, powiedz że ty mi wierzysz. Mówię prawdę, to było magiczne stworzenie... - Zauważyła, że chłopak zwlekał z odpowiedzią.
- Nie znam się na magii. Nie mogę powiedzieć że masz rację, bo sam nie wiem co o tym myśleć.
Wrócił Gajusz. Podał jej małe szklane naczynie, w którym znajdowała się lekko zielonkawa ciecz.
- Wypij wszystko, przyniesie ci ulgę.
Dziewczyna przyjęła lekarstwo. Jak ma przekonać tych prostych ludzi, że ścigał ją magiczny potwór? Że powinni na siebie uważać? Oni wcale nie chcieli jej słuchać.
- No dobrze, odpoczywaj. Ja muszę wracać do pracy, ale Merlin z tobą zostanie więc nie powinnaś się niczego obawiać.
A więc chłopak z nią zostanie. Może jego uda się przekonać.
Kiwnęła lekko głową wyrażając zgodę.
Gdy tylko medyk wyszedł, chciała porozmawiać z jego podopiecznym Merlinem - jak nazwał go Gajusz. Jednak jej powieki stały się na tyle ciężkie, że nie mogła mieć otwartych oczu. Nim zasnęła, usłyszała jedynie:
- Nie martw się Nadiyo, ze mną już nic ci nie grozi.
Obudziła się dopiero następnego dnia. Czuła się już o wiele lepiej. Po rozglądnięciu się po pustej izbie zauważyła swoje ubrania leżące na stołku. Wstała, i za parawanem zmieniła koszulę nocną na swoją codzienną odzież. Uczesała również włosy i zaplotła je w warkocz.
Wyszła z izby i powoli ruszyła w dół schodów. Minęła strażników stojących przy wejściu. Wyszła z zamku i jej oczom ukazał się wspaniały dziedziniec pełny zarówno patrolujących teren rycerzy, za którymi powiewały obszerne karmazynowe peleryny, jak i prostych, wiejskich ludzi załatwiających własne sprawy.
- Widzę, że już się dobrze czujesz. Cieszę się. - Dziewczyna od razu poznała ten ciepły głos. Odwróciła się w stronę z której dobiegł.
- Zgadza się Merlinie, ból głowy już prawie w ogóle mi nie doskwiera. Bardzo ci dziękuję za opiekę.
Chłopak się uśmiechnął.
- Nie mnie powinnaś dziękować, ale Gajuszowi. To on użył całych swoich medycznych umiejętności aby cię wyleczyć.
- Wiem. Lecz to ty przy mnie czuwałeś... - Poczuła, że zaczyna się rumienić.
- Aaa.. o to chodzi. Gajusz mi kazał, więc nie miałem wyboru. Z nim lepiej się nie sprzeczać.
"No tak, teraz się będzie tłumaczył. A wydawał się miły."
Wpatrywali się w siebie przez chwilę, gdy ze schodów dobiegło głośne: Merlin!
Obydwoje odwrócili się w tamtą stronę.
- Artur. -Chłopak westchnął.
- Czego chce od ciebie książę?
- Jestem jego sługą.. niestety .. - Westchnął głęboko lecz po chwili znów na jego twarzy zawitał uśmiech.
- Na prawdę? - Chciała jeszcze coś dodać, ale książę po raz kolejny go zawołał, jednak tym razem dwa razy głośniej. Chłopak westchnął po raz kolejny.
- Muszę już iść.. uważaj na siebie, nie mam zamiaru znów cię pilnować.- Odwrócił się i pobiegł w górę schodów.
Nadiya obeszła dziedziniec a później wróciła do izby Gajusza. Z trudem odnalazła właściwe drzwi. Zamek był bowiem ogromnych rozmiarów, a każdy korytarz do złudzenia przypominał poprzedni.
Gdy weszła do środka, czekał na nią medyk i Raymund.
- No nareszcie jesteś, już myśleliśmy że się zgubiłaś. - Chłopak ten ostatnio zaczął ją o wiele mniej denerwować, jednak i tak często jego wypowiedzi ją irytowały. Mimo to cieszyła się, że go widzi.
- Byłam na spacerze. Długo czekaliście?
- To nieistotne. Dobrze cię widzieć całą i zdrową. Usiądź.
Nadiya siadła obok Raymunda i napiła się wywaru który podał jej medyk.
- Uważam, że już w pełni odzyskałaś siły i możesz wrócić do swojego domu. Jeśli jednak odczuwałabyś jeszcze ból, to przyjdź do mnie i coś na to zaradzimy.
- Bardzo ci dziękuję.
- Raymond uważa, że powinnaś zrezygnować z polowania. Ja również myślę, że przez pewien czas powinnaś znaleźć sobie bardziej przyziemną pracę. - Nadiya przygryzła wargę. Na niczym innym się nie znała. Chyba, że...
- Gajuszu, a może jest ci potrzebna pomoc? Znam się całkiem dobrze na leczeniu, więc gdybyś mnie potrzebował to z chęcią ci pomogę. - Medyk obdarzył ją lekkim uśmiechem.
- Sądzę, że jest to propozycja nie do odrzucenia. Merlin ma coraz mniej czasu, nie chcę go obarczać dodatkowymi obowiązkami.
- No dobrze, możemy już iść. - Raymond delikatnie dotknął jej ramienia. - Chodź, ze mną się nie zgubisz.
Nadiya zignorowała zaczepkę i wstała od stołu.
- Przyjdź rano. Poszukasz mi ziół potrzebnych do sporządzania leków.
- Dobrze, przyjdę. - odpowiedziała. - I jeszcze raz za wszystko ci dziękuję.
- Nie ma za co, nie ma za co..
Następnego dnia już od rana mocno świeciło słońce. Zebrała potrzebne Gajuszowi lecznicze rośliny i wróciła do Camelotu. Wchodząc do jego izby minęła się z Merlinem, którego obdarzyła pogardliwym spojrzeniem. Przypadkowo lekko zderzyli się ramionami.
- Mógłbyś bardziej uważać. - powiedziała do chłopaka.
- To ty nie mieścisz się w drzwiach.
Gwałtownie się zatrzymała i odwróciła w jego stronę.
- Chcesz powiedzieć, że jestem gruba?
- Nie gruba, pulchna. - odpowiedział z uśmiechem Merlin.
- Bawi cię to?
- Jak zapewne zauważyłaś, tak. - puścił jej oczko. Dziewczyna teatralnie przewróciła oczami.
- Chciałabym przejść, o ile mi pozwolisz.
- Ależ oczywiście, proszę bardzo. - gestem wskazał jej drogę.
Nadiya bez słowa go minęła i weszła do izby. Czy ten chłopak musi aż tak ją denerwować? Miała nadzieję, że znajdzie w Camelocie przyjaciół, ale zaczynała w to wątpić.
Gajusza nie było w środku, więc zostawiła zioła na stole i wyszła na dziedziniec zamku.
- Nadiya?
Dziewczyna odwróciła się w stronę dobiegającego głosu. Za nią stała młoda kobieta w jej wieku. Długie, kręcone włosy lekko opadały na jej ramiona. W rękach trzymała wiklinowy kosz pełen ubrań.
- Tak, to ja. - odpowiedziała. - Mogę ci w czymś pomóc?
- Nie, nie trzeba. - z uśmiechem zaprzeczyła tamta. - Jestem Gwen. Słyszałam, że zaczęłaś pracę u Gajusza.
- Zgadza się. To dopiero pierwszy dzień i nie miałam zbyt wielu zajęć.
- Usługuję pani Morganie, więc możliwe, że będziemy się często widywać. Cieszę się, że mogłam cię poznać, ale mam pracę.
- Do zobaczenia. - Nadiya z uśmiechem pożegnała nowo poznaną dziewczynę.

Złożyłam rozdział czwarty i mam do Was takie zapytanie: czy chcecie, aby podzielić ten rozdział na dwie części (tzn. część na rozdział czwarty, a część na szósty), czy zostawić tak jak jest? Uważam, że można to tak zostawić, bo przydałoby się żeby Nadiya i Merlin się już poznali. I w następnym rozdziale można wykorzystać użytego w tekście potwora. Trzeba by go zabić, nie? :D
Ostatnio edytowano Pt gru 28, 2012 20:27 przez PozdrawiamWas, łącznie edytowano 2 razy
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Re: Fragmenty

Postprzez Agga » N gru 23, 2012 22:36

To znajdźmy odpowiedniego potwora i do dzieła :D A tego rozdziału nie dzielmy.
Agga
 
Posty: 130
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:13

Re: Fragmenty

Postprzez PozdrawiamWas » N gru 23, 2012 22:49

Potwór już jest, to ten wilk ze skrzydłami.
PozdrawiamWas
 
Posty: 139
Dołączył(a): Śr lis 07, 2012 18:34

Postprzez » N gru 23, 2012 22:49

 

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Pomysły, pierwsze teksty

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron